SMAK RECENZJI: Zdarzyło się nad jeziorem Mystic

23.07.2021

 

Poleca: MK2 (mol książkowy do kwadratu)

Kristin Hannah, Zdarzyło się nad jeziorem Mystic,

Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2020

 

Co zrobić, gdy miłość zgaśnie jak świeca pozostawiając po sobie jedynie swąd czarnego dymu? Jak skleić roztrzaskane na kawałki życie, gdy w głowie błąka się pytanie: co dalej?  Powieść Kristin Hannach może pomóc odnaleźć odpowiedzi na te pytania.

Lektura pierwszych stron „Zdarzyło się nad jeziorem Mystic” może zniechęcać bardziej wymagające Czytelniczki. Oto mamy kolejną historię o żonach porzucanych przez mężów. Ona – Annie Colwater – poświęciła swe życie rodzinie: mężowi i córce. On –  Blake Colwater –  pracował na utrzymanie rodziny gromadząc pokaźny majątek. Niestety dotknął go syndrom wieku średniego – znalazł sobie nową wybrankę serca. Oczywiście dużo młodszą od siebie i rzecz jasna od żony. Żona – oczywiście  – cierpi. Męża nic to nie obchodzi. Tak w skrócie. Ale pod ckliwą z pozoru fabułą o zdradzie małżeńskiej kryje się drugie dno. Historia kobiety, która nie poddając się żalowi, frustracji i depresji, rozpoczęła lepsze, pełniejsze życie.

Gdy Blake oświadcza, że kocha inną kobietę, misternie budowany świat Annie rozpada się jak domek z kart. Zostaje sama (córka niebawem rozpocznie studia z dala od rodzinnego domu). Kobieta postanawia opuścić słoneczną Kalifornię i powrócić w rodzinne strony – do małego miasteczka w stanie Washington. Chce dać sobie czas na przemyślenie sytuacji, w której się znalazła. W głębi serca ma jednak nadzieję, że wiarołomny mąż zmieni zdanie i do niej powróci. Kurczowo trzymając się iluzji szczęścia jest gotowa na to przystać. By wydobyć się z depresji, postanawia pomoc w wychowaniu córki Nickowi Delacroix. Nick nie jest jej jednak obojętny. To pierwsza miłość Annie. Owdowiały przed kilkoma miesiącami mężczyzna nie potrafi uporać się z żałobą. Pije. Zaniedbuje kilkuletnią córkę Izzy. Pozostawiona samej sobie dziewczynka cierpi. Niezauważana przez ojca czuje, że znika. Znika kawałek po kawałku. Najpierw znikają palce prawej dłoni. Potem cała ręka. Izzy przestaje mówić. Regres i „zanikanie” dziecka to jeden z najbardziej przejmujących momentów książki. Zaburzenia emocjonalne Izzy jeszcze bardziej pogłębiają stan żałoby ojca. W taką straumatyzowaną rzeczywistość wkracza Annie. Cała trójka powoli leczy rany. Tym co szczególnie ujmuje w powieści jest proces stopniowego zdrowienia dziewczynki, która w końcu czuje się chciana i kochana. Annie przelewa całą miłość rodzicielską na Izzy. Nie ocenia, nie narzuca się, ale zwyczajnie JEST powoli budując podwaliny bezpiecznego, stabilnego świata, w którym dziewczynka zaczyna w miarę normalnie funkcjonować. Wszystko zmierza do happy endu… Niestety na scenę wkracza wiarołomny małżonek. Kochanka nie spełniła jego prozaicznych oczekiwań (pranie, prasowanie, gotowanie). Żona okazała się niezbędna do „ogarniania” codzienności. Blake oczekuje, że Annie  –  jak gdyby nigdy nic  –  wróci do domu. Dla kobiety nie jest to już jednak aż tak oczywiste. Kilka miesięcy nad jeziorem Mystic uczyniło z niej innego, bardziej świadomego swych potrzeb i możliwości człowieka. Annie staje przed dramatycznym wyborem. Wybaczyć, wrócić i żyć nieswoim życiem? Czy może zostawić przeszłość i spróbować żyć na nowo, „po swojemu”, na własną odpowiedzialność z całą świadomością zysków i strat? Oto jest pytanie, na które zakończenie powieści przyniesie odpowiedź. 

Kristin Hannach jest bez wątpienia mistrzynią słowa. Mało znam autorów powieści obyczajowych, którzy potrafią tak sugestywnie zamknąć świat w metaforze. I może wstyd się przyznawać, że zazwyczaj nużą mnie opisy krajobrazów, to jednak podczas lektury powieści Hannach zagłębiam się w nie z prawdziwą przyjemnością. Ba, delektuję się nimi. Bo jak tu nie zatrzymać się nad zdaniem, które inicjuje powieść: „Deszcz padał ze zmęczonego nieba niczym drobne, srebrzyste krople łez”. Zdanie to nie jest jedynie piękną metaforą, tłem dla mającej się rozegrać sceny. To sformułowanie określa stan małżeństwa Annie i Blacke’a Colwaterów. Opisy przyrody w powieściach tej autorki nie są bowiem jedynie środkiem do budowania klimatu. To przede wszystkim krajobrazy duszy bohaterów.

Tym co mnie razi w powieściach Hannach (a w tej szczególnie) są nieco oczywiste, zbyt cukierkowe zakończenia, które niestety spłycają głębię jej prozy. Autorka czasami jakby na siłę, wbrew prawom psychologii, tworzy w finale świat, w którym wszystko kończy się dobrze.  Nie niszczy to jednak refleksyjnych walorów jej powieści. Jedno jest bowiem pewne. Czasami trzeba zrobić wszystko, jak należy i postępować zgodnie z zasadami. A kiedy indziej dobrze powiedzieć sobie: „A, niech to!” i chwytać życie na gorąco, by potem nie błądzić w mgle straconych szans i zaprzepaszczonych możliwości. Bo przecież nie ma życia bez ryzyka i nie zawsze warto tkwić w bezpiecznym, błogim ciepełku.

 

Poleca: AnKas z Filii Luszowice