Rozdział 1

Czarna kula na białym śniegu.

Zimowy poranek przenikał powoli przez ciemne pokoje małego domku z zielonym dachem, otoczonego z jednej strony żywopłotem, a z drugiej strzelistymi jesionami i młodymi świerkami. Zamiast bramy wejścia na podwórko strzegła samotna sosna, wyciągając swoje gałęzie wysoko w górę i daleko na boki. Wiosną żywopłot najpierw żółcił się kwiatami forsycji, a później na biało kwitnąca mirabelka rozsiewała zapach, od którego kręciło się w głowie. Ale teraz była zima –  liście z drzew opadły, a żywopłot, kolczasty i splątany, świecił nagością. Trawę pokrywała warstwa szronu. Naprzeciwko domu stała drewniana stodoła, lekko przyprószona śniegiem. Na środku podwórka rosła lipa, którą tata zasadził, gdy dziewięć lat temu cała rodzina tu zamieszkała. Brązowa gałązka lekko się teraz kołysała: to żółta sikorka przysiadła na drzewku.

Gdyby ktoś chciał wejść do domu z zielonym dachem, musiałby najpierw przejść przez przedpokój i przekopać się przez stosy butów, stojących na podłodze. Kurtki, które uparcie nie chciały wisieć na wieszaku i wysypujące się z kosza niezliczone czapki, szaliki i rękawiczki, które tajemniczo znikały akurat wtedy, gdy ktoś ich potrzebował, skutecznie utrudniały przejście. Drzwi z lewej strony prowadziły do małego pokoju, w którym spali mama i tata. Przez drzwi na wprost wchodziło się do dużego pokoju, a dalej do pokoju dzieci. Blade światło poranka przebijało przez niebieską zasłonkę w białe kwiaty i wydobywało z mroku łóżko piętrowe. Spod kołdry wystawał jasny czubek głowy Jagody. Jagoda była najmłodsza, więc spała na dole, chociaż już taka znowu mała to nie była, o nie. Jagoda chodziła do starszaków. Na górze spała Anka, energiczna dziewięciolatka, której sił brakowało zawsze akurat wtedy, gdy miała wstawać. Zuza, najstarsza z sióstr, pół roku wcześniej, w swoje jedenaste urodziny, przeprowadziła się na strych, do  nowego pokoju.

Dzisiaj była sobota, początek ferii. Nareszcie wolne! Jagodę i jej starsze siostry obudził tata, bardzo wcześnie. Za wcześnie…

– Babki, wstawać! Ubierać się, śniadanie i jedziemy!

– A nie możemy jutro? Tak dawno nie miałam wolnego dnia – jęknęła Anka.

– Ostatnio równiutko tydzień temu – zaśmiał się tata.

Jagoda nakryła głowę kołdrą. Nie tylko Anka nie lubiła zrywać się rano. Jagoda też nie znosiła wczesnego wstawania. I tego pośpiechu. Dlaczego nigdy nie można powolutku, spokojnie? Dlaczego nigdy nie można pospać ile się chce, nawet w ferie?

– Zuuuuuuzkaaa! Znieś plecak i chodź na śniadanie! – głośno wołała mama z przedpokoju. Żeby Zuza usłyszała cokolwiek na tym swoim strychu, trzeba było wołać naprawdę głośno. Jagoda jęknęła i zatkała uszy rękami.

-Dziewczyny, nie słyszycie? Jagódka, pobudka – mama zajrzała do pokoju.

-Nie słyszę i nie wstaję – mruknęła Jagoda i wtuliła się w ciepłą poduszkę.

-No, wstawajcie. Im wcześniej pojedziemy, tym dłużej będziemy w górach.

Za oknem samochodu przesuwał się zimowy krajobraz. Na polach, dachach i drzewach było coraz więcej śniegu – im bliżej celu, tym więcej. Pod koniec drogi tata musiał założyć łańcuchy na koła, żeby dojechać do górskiego schroniska, w którym mieli spędzić najbliższy tydzień. Trzy godziny jazdy minęły bardzo szybko. Najpierw grali w zgadywanki, potem w państwa-miasta i królową Hiszpanii. Później Jagoda zapatrzyła się na migający za oknem biały świat, dymy sączące się leniwie z kominów, czarne drzewa i szare chmury… a potem zasnęła. Gdy się obudziła, byli już na miejscu. Zanim otworzyła oczy, już po zapachu poznała, że są w środku leśnej, zimowej głuszy. Słychać było szczekanie psów i wesołe powitania. Zuzka i Anka rozmawiały już z Adamem i Mańką, którzy przyjechali wczoraj. Jagoda wyszła z samochodu. Zanim zdążyła zrobić krok do przodu, obskoczyły ją psy: to wielka ruda suka gospodarzy o dostojnym imieniu Jadwiga witała się wesoło, a razem z nią mały Skoczek i czarny nieznajomy pies, który wyglądał na szczeniaka, ale był prawie tak duży jak Jadwiga. Jagoda stała trochę wystraszona, ale Adam odgonił psy, rzucając im patyk.

– Ten czarny przybłąkał się parę dni temu. Wczoraj nie odstępował nas na krok. Pan Tomek mówi, że ktoś go tu podrzucił – wyjaśnił Adam.

– Fajnie. Będą trzy psy – ucieszyła się Jagoda.

– O nie, nie. – zaśmiał się pan Tomek, który właśnie wyszedł przed dom. I zaraz dodał poważnie: – Trzy psy to za dużo dla nas. Wystraszyłyby gości. Ktoś musi go przygarnąć.

Jagoda spojrzała w brązowe oczy i pogłaskała kłapciate czarne uszy. I już wiedziała.

– O nie, nie, nie – powiedziała mama stanowczo, ale Jagodzie się wydawało, że jakaś miękka nuta pobrzmiewa w jej głosie.

– O nie! My często wyjeżdżamy. A poza tym psa trzeba wyprowadzać na spacery, jeździć z nim do weterynarza, karmić i tak dalej. No, w ogóle dbać o niego. I tak naprawdę nie wiemy, jaki on jest. No wiecie, jaki ma charakter – powiedział tata.

Pies chodził z nimi na spacery. Wyglądał jak czarna kudłata kula na białym śniegu. Biegał w kółko, skakał na dzieci i ciągle machał ogonem. A potem zwijał się w kłębek pod ławą przed gankiem i zasypiał. Gospodarz nie chciał go wpuścić, żeby pies się nie zadomowił.

Jagoda, Zuza i Anka stały oskarżycielsko przed rodzicami.

– Przecież on jest zmarznięty i głodny!

Wszystkim było żal psa, który był bardzo spokojny i przyjacielski. W ogóle nie szczekał i uważnie przyglądał się szalonej Jadwidze, która biegała w kółko przed domem i radośnie wskakiwała w śnieg. Pan Tomek zaczął namawiać rodziców, żeby go przygarnęli. Jagoda w napięciu czekała na rozwój wypadków. Tak bardzo, bardzo chciała, żeby właśnie ten kudłaty, czarny pies, który z taka nadzieją na nich spoglądał, został z nimi na zawsze. Razem z Adamem i Manią, Zuzą i Anką spiskowała po kątach i od czasu do czasu wszystkie dzieci rzucały od niechcenia uwagi w stylu: jaki ty jesteś biedny, piesku, że nie masz domu. Albo: przecież u nas w domu jest dużo miejsca, zmieściłby się jeszcze jeden lokator, no, na przykład jakiś pies. Lub też: mamo, przecież ty tak bardzo lubisz chodzić na spacery do lasu. Nie byłoby ci przyjemniej, gdyby biegł koło ciebie taki miły, czarny piesek? Rodzice często szeptali między sobą i mieli zatroskane miny. Aż w końcu, po obiedzie, gdy wszyscy grali w mafię, tata spojrzał na mamę i powiedział:

– No to kto da jeść temu naszemu psu?

Katarzyna Kloska / Oddział dla Dzieci

Przewiń do góry