Na pewno zastanawiasz się, drogi czytelniku, kim u licha jest zbój Bimbalon? Gdzie mieszka? Czy jego zbójowanie jest śmiertelnie niebezpieczne? Czy może ogólnie pożyteczne? A co zbój Bimbalon jada na śniadanie? A może zastanawiasz się, co mu się przyśniło zeszłej nocy? Jak wygląda?

Czy myślisz, że zbój Bimbalon jest brodaty?
Kudłaty?        
Ma mały zgrabny nosek.
Albo nie, wielki nochal.
Piracką opaskę na oku.
Nie, to kiepski pomysł, w końcu to zbój a nie pirat, to po pierwsze, a po drugie przyda mu się dwoje oczu, jak przeczytacie w drugim rozdziale. A więc może okulary? Zobaczmy.
Nie jest źle, a nawet jest całkiem dobrze. Jakiś zbójecki kaftan, buciory i gotowe.
Ale jak to, myślisz sobie, czy zbój Bimbalon jest hersztem zbójeckiej bandy? Mieszka w jaskini i rabuje bogatych oszustów?
Ech, do licha! Dość tych rozmyślań! Najlepiej będzie, jeśli po prostu zaczniesz czytać.

1. Za rzeką i lasem

Dzisiaj po południu na przystanku pod szkołą stało wyjątkowo dużo ludzi. Pewnie dlatego, że deszcz padał od samego rana i nikt nie miał ochoty iść do domu na piechotę. Niezadowolony kierowca mruczał coś pod nosem, zatrzymując się na przystanku. To był jego ostatni kurs i zazwyczaj o tej porze jechał już bez pasażerów, palił sobie papieroska za papieroskiem i myślał o tym, jaki to smaczny obiad czeka na niego w domu. A tu nie dość, że humor miał paskudny przez tę okropną pogodę, to jeszcze zebrało się tyle luda. Ech, co za pech!

Autobus mknął przed siebie w strugach deszczu, a ponury kierowca zerkał od czasu do czasu na swoich pasażerów. Pod koniec trasy zostały tylko cztery osoby. Tuż za nim siedziała dziewczynka w szarym płaszczyku z cienkim jak mysi ogonek warkoczykiem dyndającym z tyłu. Ta była jeszcze do zniesienia, przynajmniej siedziała cicho, chociaż wyjątkowo denerwująco wyglądały te jej wielkie przerażone oczyska i żałosna mina. Z tyłu siedziały trzy bardzo podobne do siebie dziewuchy, które – o zgrozo! – głośno się śmiały, głośno rozmawiały, jadły i w dodatku miały czelność mieć na sobie jakieś kolorowe szmaty, które tak bardzo nie pasowały ani do dzisiejszej pogody, ani do humoru kierowcy. W końcu przebrała się miarka: dziewuchy ryknęły śmiechem a nadgryzione jabłko potoczyło się między siedzeniami i zatrzymało przy stopie kierowcy. Autobus ostro przyhamował i zjechał na pobocze.

– Wysiadać! Koniec jazdy! – huknął kierowca.

– Ale… my przecież wysiadamy na następnym przystanku – protestowały dziewczyny, którym śmiech zamarł na ustach.

– A ja jadę jeszcze dalej – cienko pisnęła dziewczynka z mysim warkoczykiem.

– Nic mnie to nie obchodzi – warknął kierowca i zapalił papierosa – silnik się zepsuł. Nic nie poradzę – skłamał i zarechotał złośliwie.

Cztery pasażerki wysiadły i stanęły pod drzewem. Strumienie deszczu w pięć sekund zmoczyły je do suchej nitki. Przez chwilę stały bezradnie, oburzone chamstwem kierowcy.

– Nie jest źle, pójdziemy inną drogą – powiedziała w końcu najstarsza z kolorowych dziewczyn – chodźcie, im prędzej w chałupie tym lepiej. A ty masz daleko do domu? – spojrzała na mysią dziewczynkę.

Dziewczynka kiwnęła głową, a jej wielkie oczy zaszły łzami. Musisz wiedzieć, drogi czytelniku, że dziewczynka z mysim warkoczykiem miała chyba dzisiaj najgorszy dzień w swoim życiu: to był jej pierwszy poranek w domu bardzo niemiłego wujka, do którego musiała przeprowadzić się, bo jej rodzice, którzy byli urzędnikami w Bardzo Ważnym Urzędzie, zapadli ostatnio na jakąś straszną chorobę z przepracowania i musieli pojechać do szpitala. W dodatku to był jej pierwszy dzień w nowej szkole – a każdy wie, jak wygląda pierwszy dzień w nowej szkole, a jeśli nie wie, to może z łatwością sobie wyobrazić. No i w dodatku jeszcze ten autobus. Aha, i jeszcze jedno: dziewczynka z warkoczykiem cienkim jak ogon myszki była wyjątkowo, ale to naprawdę wyjątkowo nieśmiałą, cichą i zalęknioną osóbką.

– Chodź z nami. Co masz tu moknąć. Jak przestanie padać, to pójdziesz do domu albo nasz tata cię odwiezie. My mieszkamy niedaleko stąd. No?

Mysia dziewczynka zawahała się.

– Niedaleko?

– Niedaleko, o, tam, za rzeką i lasem.

– Dobrze, pójdę. Dziękuję – pisnęła, ocierając oczy rękawem, co było i tak kompletnie bez sensu, bo deszcz padał bez opamiętania.

 

Najpierw szły zabłoconą drogą, która była jedną wielką kałużą. Później szły przez las skacząc po mokrych śliskich kamieniach i mijając wielkie wystające korzenie. A później mysia dziewczynka stanęła jak wryta.

-Co.. co to jest? – pokazała ręką drogowskaz, na którym było napisane „Do jaskini zbója Bimbalona”. Ach, do jaskini ZBÓJA Bimbalona…

– A, widzicie, mówiłam, że to niedaleko – ucieszyła się kolorowa dziewczyna. I ruszyła dziarsko naprzód, a za nią jej młodsze siostry. Mysia dziewczynka nie wiedziała, czy iść za nimi, czy uciekać. W końcu z lekkim ociąganiem ruszyła za nimi. Drogi czytelniku, co byś sobie pomyślał, gdybyś zobaczył drogowskaz z napisem „Do jaskini zbója Bimbalona”? Czy chciałbyś uciekać, gdzie pieprz rośnie, czy wręcz przeciwnie: podążać za drogowskazem drżąc z ciekawości? Nasza dziewczynka stanowczo chciała uciekać, gdzie pieprz rośnie, ale była tak nieśmiała i strachliwa, że nie miała odwagi tego zrobić…

Las był straszny. Długie czarne gałęzie zwieszały się nisko nad drogą i zaczepiały przechodzących. Omszałe głazy stały na straży dzikiej puszczy i broniły wstępu. Od czasu do czasu wysoko wśród koron drzew zrywał się jakiś ptak i z głośnym krzykiem wzbijał się w powietrze. Dziewczynka wyraźnie słyszała, jak wołał ochryple „Intruzi! Intruzi!”. Kilka razy dziewczynom drogę przebiegł dziki zwierz, jakaś wiewiórka albo nornica, a gdzieś z boku i z tyłu chrupnęła gałązka. Dziewczynka zacisnęła dłonie na ramionach szkolnego plecaka.

– Patrzcie, rzeka! Za chwilę dojdziemy. O, tatusiowy kamień! – zawołała jedna z kolorowych dziewczyn, gdy doszły do rzeki i przerzuconego przez nią drewnianego mostka. Dziewczynka z mysim warkoczykiem spojrzała na leżący nad brzegiem rzeki duży biały głaz, na którym była odciśnięta czerwoną farbą czyjaś ręka. Wielka, wielgaśna ręka…

– Czyja to ręka? – spytała szeptem.

– To? To łapsko naszego taty – odpowiedziały dziewczyny.

Mostek był dziurawy, a rzeka pod nim brudna i rwąca. Za mostkiem prowadziła w górę błotnista ścieżka, w której wyraźnie odciśnięte były ślady czyichś nóg. Wielkich, wielgaśnych nóg…

– Czyje to ślady? – wyszeptała mysia dziewczynka.

-To? To ślady naszego taty, musiał dopiero co tędy przechodzić – odpowiedziały kolorowe dziewczyny.

 Mysia dziewczynka stanęła i już, już znowu miała ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie i już, już prawie zebrała się na odwagę, żeby to zrobić, gdy nagle deszcz zaczął padać ze zdwojoną siłą, dziewczyny ruszyły biegiem naprzód, a najmłodsza z nich chwyciła dziewczynkę za rękę i pociągnęła za sobą.

-Dziewczyny, pędem! Bo spłyniemy z deszczem do rzeki!

Na pagórku, miedzy drzewami i na tle jasnej skały kolorowy szyld z łuszczącą się farbą oznajmiał gromko: „Jaskinia zbója Bimbalona”. Mysia dziewczynka sztywna z przerażenia weszła za dziewczynami do skalnej sionki i zdjęła mokry płaszczyk. Pierwsze co zobaczyła, to olbrzymia kapota wisząca na wieszaku. A pod nią olbrzymie buty… i olbrzymie ślady mokrych olbrzymich stóp prowadzące w ciemną czeluść jaskini…

Katarzyna Kloska / Oddział dla Dzieci

Przewiń do góry