Przytul dziewczynkę, przytul chłopczyka

Felieton

Przytul dziewczynkę, przytul chłopczyka

Przytul małą dziewczynkę – mówi mi co jakiś czas mój wewnętrzny głos… no to krzyżuję ręce, obłapiam się i mooooocno przytulam. Zasługuję na to! Robię tak, kiedy jest mi źle… i prywatnie, i zawodowo. Bo jak sami o siebie nie zadbamy
nie kończę… bo przecież wiadomo… A dzielę się swoimi przemyśleniami w kwestii przytulania akurat w marcu, gdyż dokładnie 1. marca obchodziliśmy MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ PRZYTULANIA BIBLIOTEKARZA. Ha! Na serio… a jakże! mamy taki dzień w kalendarzu! Więc zapytuję… Czy ktoś Was drogie branżowe koleżanki i drodzy branżowi koledzy – przytulił w tym dniu? Ja przytuliłam się sama.

I uważam, że niekoniecznie trzeba nosić od razu w sobie głębokie rany czy zaniedbania emocjonalne z dzieciństwa…
ja takich nie posiadam a bywa, że się ostro przytulam, kiedy jest mi po prostu smutno. To dokładnie tak jak z nagradzaniem siebie przez siebie samą. W sumie to pomiędzy przytulaniem a nagradzaniem mogłabym postawić znak równości (=).
Jak to w życiu bywa, czasem nawet tzw. mały wnerw – a potrafi człowiekowi namieszać w głowie… złość, frustracja, niemoc…. czyhają tylko żeby Cię dopaść. Moja mama mówiła przy naprawdę „trudnych przypadkach”: krew wypije – dziury nie zrobi
No to wtedy to już na 100% – Nie daj się! Przytul się! Bo jak sami o siebie nie zadbamy, to….wiadomo.

No więc przejdę do meritum w kontekście tego przytulania. Czyli to co może wyzwalać (powodować, skłaniać… jak kto woli)
w nas chęć przytulenia siebie… a tym samym zaopiekowania się sobą, uspokojenia, pocieszenia etc. TRAUMY
I FRUSTRACJE W ZAWODZIE… Bingo! A jednak… Ktoś by rzekł, że w bibliotece to przecież spokój i cisza, któż tam kogoś zdenerwuje… może niezadowolony z poleconej lektury czytelnik czasami… Nic bardziej mylnego. Nasze biblioteczne poletko nie różni się zasadniczo od innych. Nas również dotyka wypalenie zawodowe, dopadają nas różne traumy, często wynikające (szczególnie w ostatnich „szalonych i pędliwych” latach) z coraz większej dynamiki naszej  pracy, rozszerzania zakresu zadań, bywa, że trudnych relacji interpersonalnych i z czytelnikami, i pracownikami, a bywa, że i z kierownictwem. 

Bibliotekarze doświadczają stresu związanego z dynamicznym rynkiem pracy, chcemy sprostać oczekiwaniom społeczności lokalnej i coraz częściej wychodzimy poza tradycyjne ramy, co prowadzi nas do przeciążenia psychicznego. Nie wspomnę już o zarobkach, które odbiegają od naszych marzeń i wyobrażeń, a stwierdzenie tak modne w PRL-u: jaka płaca taka praca w naszym przypadku nie jest absolutnie prawdziwe. Nawet nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek było, również w peerelowskiej rzeczywistości. Nasz zawód był dla nas zawsze misją… no ale docierało latami, że misja nie nakarmi i nie zapłaci za wczasy w Chorwacji… a życie coraz droższe – jak mawia przeciętny na ulicy „klasyk”. A jednak szło się do przodu zwiększając swoją kreatywność  całymi latami. Dzisiaj nie idziemy ale pędzimy…W literaturze fachowej istnieje tzw. pojęcie „Vocational Awe”, czyli przekonanie, że biblioteka jest miejscem wręcz „świętym” i z natury dobrym, spokojnym, co utrudnia stawianie granic i przyznawanie, że praca ta bywa niszcząca. Termin ten stanowi bezpośrednie rozwinięcie krytyki „mitu misji”.

Vocational Awe to termin użyty przez bibliotekarkę Fobazi Ettarh w jej przełomowym eseju z „Vocational Awe and Librarianship: The Lies We Tell Ourselves” (2018).

Opisuje on zjawisko postrzegania bibliotek (i innych zawodów misyjnych) jako instytucji z natury „dobrych i świętych”, co stawia je poza krytyką. Choć termin zrodził się w środowisku bibliotekarskim, obecnie jest szeroko stosowany w dyskusjach na temat wypalenia zawodowego i wyzysku w sektorach takich jak edukacja, opieka zdrowotna czy archiwa.

Czym więc jest Vocational Awe? To przekonanie, że niektóre zawody (np. bibliotekarz, nauczyciel, pracownik organizacji non-profit) są z natury szlachetne i niezbędne dla społeczeństwa do tego stopnia, że nie można ich krytykować.
W praktyce prowadzi to do: akceptacji niskich płac i złych warunków pracy w imię „wyższego celu”. Pojawia się wypalenie zawodowe, ponieważ pracownik czuje, że nie ma prawa narzekać na pracę, która jest „misją”.

Tyle w kwestii teorii, która jednak z praktyką znajduje przecież wspólny mianownik… Czasami wydaje się nam bibliotekarzom – że traktuje się nas nie całkiem poważnie, trochę z przymrużonym okiem… no bo to w sumie tylko KULTURA. Brrrr!
Już mnie spina… więc przytulam swoją dziewczynkę…. Lepiej.

Wszelkie transformacje społeczne i technologiczne na przestrzeni lat zmieniły również naszą branżę.
Małe biblioteki pozamykano, tym z potencjałem lokalnym dano szansę dofinansowywując przebudowy i budowy nowych książnic z unijnych funduszy.  Z ośrodków ciszy i spokoju zmieniliśmy się w duże wielofunkcyjne wręcz centra kultury działające wielowymiarowo dostosowywując się do coraz większych potrzeb lokalnych.

Czy wynika to z ambicji?, a może wprost przeciwnie z zakompleksienia?, a może z chęci udowodnienia – damy radę (nawet jak nie ma kasy) – kto jak nie My Bibliotekarze…  Pewnie wszystko razem wzięte… po prostu… podążamy z duchem czasu –  chcąc być na bieżąco z nowymi technologiami, trendami aby kreatywnie i efektywnie, ba! nawet spektakularnie powiedziałabym – funkcjonować, pracować i rozwijać się… tym samym wykrzykując – My też jesteśmy nowocześni i postępowi… I to wszystko prawda… tak właśnie się dzieje, ale nie sposób aby te wszystkie zmiany nie odcisnęły piętna… nie generalizuję, że na całym bibliotekarskim środowisku, ale posunę się do stwierdzenia, że jednak w dużym wymiarze. „Dowaliła” nam na pewno jeszcze do tego Pandemia COVID-19, czyli okres wytężonego zarządzania zasobami online. Dla wielu bibliotekarzy było to zdecydowanie duże wyzwanie.

 Ale nie chcę się absolutnie użalać… Bo tak ma cały świat… Wszyscy jesteśmy przebodźcowani… żyjemy w przeciążeniu informacyjnym, w nadmiarze danych i ciągłym poczuciu ich systematycznego porządkowania. Jak sobie radzić?
Można czytać mądre poradniki dotyczące radzenia sobie ze stresem (tego w Biblio mamy całe regały), szkolić się na szkoleniach, pójść do psychologa/psychiatry (pamiętać, że to już nie wstyd) i zdobyć się na samoopiekę, czyli zmienić podejście i priorytety (bywa trudno), relaksować się (bywa łatwo), budować odporność psychiczną (oj ciężko)… i przytulać siebie (najprostsze, osiągalne, bezwysiłkowe) – dosłownie – tak żeby poczuć dotyk – nie jesteś sama/sam, jestem przy tobie, dasz radę, jesteś silna/y… i w przenośni – nagradzać się swoimi małymi przyjemnościami. Co kto woli… może chilloutowy dzień tylko z SOBĄ?… i np. dobrą książką… Polecam, zalecam, życzę. Zapytaj wtedy siebie – jak się czujesz? na co masz ochotę? Posłuchaj tego co chcesz sobie powiedzieć… A wtedy?…wystarczy wziąć głęboki oddech i do przytulaska… w końcu – jak sami o siebie nie zadbamy… to przecież wiadomo…

Felieton publikowany w Poradnik Bibliotekarza 3/2026

Olga Nowicka

Logotyp Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego przedstawia orła białego z koroną oraz napis "Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego" oddzielony pasem w barwach narodowych.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Edukacji Kulturalnej – państwowego funduszu celowego.

Zadanie „Sanatorium Kulturowe czyli kuracja czytelnicza, która podkreśla ideę regeneracji, wzmocnienia i profilaktyki kompetencji kulturowych” w ramach programu MKiDN Edukacja kulturalna 2026.

Przewijanie do góry