Pamiętnik odnalazła i opracowała Teresa Bigaj.

Autor pamiętnika w mundurze wojsk generała Andersa
Moja droga do Anglii przez obozy i łagry sowieckie, Kazachstan, Uzbekistan, Irak, Syrię, Palestynę, Egipt, Monte Cassino, Monte Angelo, Bolonię (Włochy), trwająca od sierpnia 1939 roku do powrotu do Polski w maju 1947 roku.

Był sierpień 1939r. gdy otrzymałem czerwoną kartę mobilizacyjną do wojska. Wiedzieliśmy, że nad naszym krajem wisi wojna. Spakowałem więc paczkę z potrzebnymi ubraniami i przyszła najgorsza chwila, rozstanie z rodziną z moimi kochanymi dziećmi i żoną. Żeby mi umilić gorzkie chwile rozstania cała rodzinka mnie odprowadzała. Nic jednak nie mogło rozweselić mego biednego serca. Gdy patrzyłem na te moje biedne dzieci, na siedmioletniego synka i małą dziewięciomiesięczną córeczkę, to moje serce pękało ze smutku. W milczeniu przeszliśmy jakieś 300 metrów i lunął deszcz. Lało jak z cebra ,wtedy popatrzyłem ze smutkiem na te moje biedne sieroty i kazałem im zawrócić do domu. Dzieci posłuchały mnie, ucałowałem je z ciężkim, pełnym smutku i goryczy, sercem. Żona oddała, trzymaną na rękach córeczkę, synowi, kazała im wracać do domu, a sama zdecydowała, że pójdzie ze mną na dworzec. Tak rozstałem się z dziećmi, oglądałem się za nimi aż zniknęli za zakrętem. Pomachałem im ręka i żegnałem się mówiąc: „Zostańcie z Bogiem moje drogie dzieci„. W duchu dodawałem – może już was więcej nie zobaczę. Dalej idziemy z żoną, a ona wciąż szlocha i powtarza – „Co ja sama pocznę z dziećmi, jak je wychowam bez ojca”? .Tak cicho rozmawiając doszliśmy do stacji kolejowej w Chrzanowie. Na pociąg czekaliśmy około półtorej godziny. Gdy przyszła chwila odjazdu z płaczem ją pożegnałem. Serce mi się ścisnęło tak, że nie mogłem przemówić do niej żadnego słowa pociechy. Pocałowałem ją i wszedłem do pociągu. Stanąłem przy oknie i długo machałem ręką na pożegnanie. Pociąg nabrał prędkości i żona zniknęła mi z oczu.

Tak zrozpaczony rozstaniem dojechałem do swojej jednostki w Krakowie. Gdy zgłosiłem się do kwaterunku, spisano moje personalia i kazano mi i innym przybyłym żołnierzom przebrać się w mundury wojskowe. Dano nam pożywienie i pozwolono na krótki odpoczynek tego dnia. Nazajutrz skierowano nas do zbrojowni przy ulicy Rakowieckiej. Rozkaz brzmiał: przejrzeć broń, wyczyścić, wypróbować. Następnie sprzęt wojskowy ładowaliśmy na wagony. Taką prace wykonywaliśmy przez kilka dni. Pod koniec tygodnia wracamy po pracy do koszar pod dowództwem porucznika. Wtedy właśnie on powiedział nam, że dla nas wojna się skończyła i on nie wraca z nami do koszar. Po prostu dezerteruje, ucieka. My całą gromadą wróciliśmy do koszar i zgłosiliśmy jego dezercję. Zaraz chwilę po naszym powrocie, rozpoczął się pierwszy, niemiecki lotniczy nalot na koszary. Pada rozkaz do wymarszu. Każdy obładowany bronią, wozy załadowane sprzętem wojskowym, w pośpiechu opuszczamy Kraków i wyruszamy w drogę na wschód. Zaraz za Krakowem spotykamy drogi pełne uciekinierów. Zatłoczone uciekającymi cywilnymi i wojskowymi samochodami, furmankami. Wszystko to załadowane po same brzegi bagażami. Jednym słowem straszny bałagan. Nadleciał niemiecki samolot i strzelał do idących drogą ludzi. Po nalocie wszędzie pełno trupów i niesamowitego jęku rannych i konających. Niemcy nie żałowali bomb i nabojów karabinowych. My, kto żyw, ładujemy rannych na ocalałe wozy i dalej w drogę. Zabitymi i ciężko rannymi zajęła się ekipa sanitarna. Jedziemy w kierunku Ropczyc. Tam było bezpiecznie więc cały korowód zatrzymano i padł rozkaz – „rozlokować się we wsi na dużej łące”. Przez łąkę płynęła rzeczka więc każdy jak może doprowadza się do porządku, pierzemy onuce. W tym czasie kucharze przygotowali posiłek dla całego szwadronu. Było nas około 2 tysięcy razem z uciekinierami. Samochody i furmanki cywilów ustawiono trochę na uboczu. Gdy tak się rozlokowujemy, nadlatuje samolot z polską szachownicą i pięknie macha nad nami skrzydłami. Kilka razy okrążył nad nami. Łąka usłana była wypranymi, białymi koszulami i onucami. Byliśmy pełni zadowolenia. Widzieliśmy nad nami nasze samoloty i dowódców w kabinie. Nasz samolot odleciał. Z kuchni polowej dobiegło wołanie podoficerów do przygotowania się na posiłek. Posiłek był smaczny i zadowoleni wróciliśmy na swoje miejsca. Pod wieczór zobaczyliśmy nadlatującą eskadrę 18 samolotów niemieckich. Zaczęła się masakra. Zaczęli strzelać z karabinów maszynowych i sypać bombami po zgromadzonych ludziach, kto mógł krył się. Samoloty kilkakrotnie nawracały aż zrównali z ziemia nasze wojsko i odleciały. Na tej pięknej łące, pozostało cmentarzysko. Po tym nalocie już nie istniała nasza jednostka, kto został przy życiu „rwał” na wschód, na własna rękę. Tak dotarliśmy do Janowa. Na każdej drodze dojazdowej stali wojskowi żandarmi i kierowali nas na górę Janowską. Tam zgromadziło się duża masa wojska. Nie wszyscy mieli broń, a jak mieli, to brakło do niej amunicji. Nadszedł rozkaz, kto może to na furmanki a inni pieszo i ruszamy. Opuszczamy góry i lasy i kierujemy się na Lwów. Pozostała nas nieduża grupa wojska. Otrzymaliśmy nowe zadanie: „obrona Lwowa”. W czasie marszu, gdy po piętach deptali nam Niemcy, wtedy cała grupa się rozpraszała. Koło jednej ze wsi natrafiliśmy na rozbitą taksówkę, wewnątrz był zabity kierowca i kobieta. W samochodzie była nienaruszona mała walizeczka. Gdy ją otwarliśmy naszym oczom ukazały się polskie banknoty. Każdy z nas wziął sobie po kilka banknotów, a resztę zostawiliśmy dla innych. Już odchodzimy od samochodu, a tu dobiegł nas jęk i głos wzywający pomocy. W rowie leżał nasz plutonowy i słabym głosem prosił żebyśmy go dobili. Był ciężko ranny w nogę i mocno krwawił. Z plecaków wyjęliśmy nasze osobiste środki opatrunkowe i zrobiliśmy mu opatrunki na ranę. Potem w trójkę udał się nam wyciągnąć go z rowu na drogę. Czekaliśmy na jakąś okazję aby go dostarczyć do szpitala polowego. Przejeżdżało masa pojazdów, ale nikt nie chciał się zatrzymać. Samochody były pełne kobiet z dziećmi i podążały w kierunki rumuńskiej granicy. Zablokowaliśmy drogę i jeden z samochodów wojskowych zabrał go razem z dwoma innymi żołnierzami do szpitala. Nasza grupa idzie dalej pieszo. Już zaczynał nam dokuczać głód. Zachodzimy więc do jednego gospodarstwa oddalonego od drogi. Widać było ,że gospodarze nie są biedni. Prosimy gospodarzy żeby nam sprzedali chleba i mleka. Zgodzili się. Nagle z mieszkania wypada polski oficer, major i krzycząc na nas każe nam opuścić gospodarstwo. My zmęczeni i głodni nie mieliśmy zamiaru go słuchać. Krzyczy do nas: w tył zwrot i odmaszerować!! Następnie wyciąga z kabury pistolet i kieruje w naszą stronę. Pytamy więc co chce z nim zrobić? Twierdził że nas rozstrzela jak nie opuścimy gospodarstwa. My długo nie czekając, całą czwórką karabiny z ramion i celujemy w niego. Zbladł i oniemiał. Gospodyni widząc co się dzieje powiedziała: „Spokojnie panowie żołnierze, jedzenia starczy dla wszystkich”. Zaprosiła nas do mieszkania. Była tam już trójka dzieci i żona oficera. Gospodyni posadziła nas za stołem i dała nam po pajdzie chleba z białym serem oraz czarnej kawy. Posileni i zadowoleni chcieliśmy gospodyni zapłacić, ale ona nie chciała brać pieniędzy. Major nie zadowolony z przebiegu sprawy spoglądał na nas spod oka. Jego wzrok oznaczał jedno: wynoście się z tego domu. Zbliżał się wieczór więc trzeba było iść i szukać jakiegoś innego noclegu. Oddalamy się więc od drogi w pola. Po pewnym czasie ukazało się nam drugie gospodarstwo. Dom był ładny choć kryty strzechą, duża obora, stodoła i spory gnojownik. Zaszliśmy do środka, ukłoniliśmy się i prosimy o nocleg. Gospodyni przyjęła nas z zadowoleniem i mówi, że nie ma gdzie nas ulokować. –„Możemy przespać się nawet w stodole, byle nie pod gołym niebem”. W tym momencie do chaty wszedł gospodarz, mężczyzna w podeszłym wieku. Był bardzo zadowolony z naszego przybycia i coś tam mówił do żony. Nie bardzo rozumieliśmy bo okazało się, że to Ukraińcy. Byli to dobrzy ludzie, bo gospodyni kazała nam usiąść. Gospodyni nagotowała nam klusek, okrasiła masłem i mieliśmy kolację. Gospodarz przyniósł swojski trunek i nawiązała się pogawędka. Opowiadał nam o tym jak to nasi oficerowie uciekają z całymi rodzinami z Polski do Rumunii. Nie myślą o pozostałych w kraju rodakach. Taka pogawędka trwała ze dwie godziny poczym poszliśmy na nocleg do stodoły pełnej słomy. Gospodarz przyniósł nam jeszcze kożuchy i pożegnał nas. Zaglądamy za nim przez szpary w deskach i zauważyliśmy dwóch drabów stojących za domem. Coś tam pogadali i odeszli. To wzbudziło w nas niepokój. Położyliśmy się spać, ale karabinki naładowane mamy przy sobie, pod kożuchami. Śpimy bardzo czujnie, ale coś nas niepokoi. Jakieś niesamowite przeczucie nie daje spać. Przecież jesteśmy bezpieczni w stodole w słomie, a i gospodarz przyjazny. Nagle drzwi stodoły otwierają się, cichaczem zakrada się do nas gospodarz i mówi żebyśmy się szybko zbierali zabrali swoje manatki i uciekali. Usłyszał on, jak za domem ci dwaj się namawiali ,że przyjdą w środku nocy i nas załatwią. Migiem wyszliśmy ze stodoły i w nogi. Niech Bóg da gospodarzowi dożyć stu lat za to, że uchronił nas od tak haniebnej śmierci.

Zaczęliśmy uciekać w kierunku łąk. Po chwili słyszymy pogoń i w naszym kierunku podaja strzały. Więc odpowiedzieliśmy tym samym. Wywiązała się walka. Nasze uzbrojenie było zdecydowanie lepsze i my lepiej wyszkoleni. Tak opryszkowie nie kontynuowali walki i pogoni, a może któryś z nich zginął? Zmieniliśmy kierunek ucieczki i ponownie wróciliśmy na drogę. Jechały samochody wojskowe, to wsiedliśmy do jednego z nich i dalej już jazda do Lwowa. Tam spotkaliśmy różne formacje wojsk z różnych stron Polski. Wywieźli nas za Lwów i tam nadszedł rozkaz: “Okopać się”. Następnie uzupełniono broń i okopani czekamy na wroga. Tak około tysiąca żołnierzy oczekiwało na Szwabów. Musiał jednak ktoś ich zawiadomić o naszych pozycjach bo nieoczekiwanie pojawiły się nad nami niemieckie samoloty, zaczęła się „Sodoma i Gomora”. Niemcy „pruli” na nas z działek samolotowych jak do bezbronnych kaczek. Zrobili z żołnierzy przysłowiowy „bigos”. Po nalocie znowu zostało cmentarzysko z zabitych i rannych jak wzrokiem sięgnąć. Przyszedł rozkaz odwrotu do podzamcza. Wszyscy uciekali ile sił w nogach. Załadowali niedobitków na samochody i uciekamy w kierunku Rumunii. Tak dojechaliśmy do wsi Sarenki Dolne i Sarenki Wyżne. Nagle w oddali z drugiej strony drogi zza górki widzimy pełno wojska i czołgów rosyjskich. Posuwają się nam naprzeciw. Słyszymy głosy nawołujące do rzucenia broni. Szpalery rosyjskiego wojska ciągną się w naszym kierunku. Nie było ani mowy ani rozkazu o otworzeniu do nich ognia. Przed nami była silnie uzbrojona armia. Otoczyli nas i wołali „brasaj orużi” !!, czyli „rzucajcie broń”. Widzieliśmy, że w razie sprzeciwu to wiadomo co się stanie! Karabiny maszynowe i działka mieli pogotowiu. I tak cała nasza grupa odkłada broń. Dla nas było jasne ,jak cielęta na rzeź- tak my idziemy do niewoli. Już się dla nas skończyła wojna i skończył się „polski żołnierz” na polskiej ziemi. Nasi oficerowie mówili nam, że bez Wilna i Lwowa nie będzie Polski. Tak przegnali nas na duża łąkę i otoczyli wojskiem. Zaczęła się rewizja: wszystko co każdy z nas miał przy sobie musiał oddać na jedna wielką „kupę”. Były tam noże ,żyletki, brzytwy, pieniądze, itp. przedmioty stanowiące wyposażenie każdego żołnierza. Nam kazano ustawić się po czterech w kolumnie i zaczęła się rewizja osobista. Nie daj Boże jak ktoś coś zataił!! Te osoby ustawiali osobno i potem „pognali” w niewiadomym kierunku. Już ich więcej nigdy nie widzieliśmy. Nas przeliczono i przez cały dzień szliśmy otoczeni strażą do jakiejś wsi na stację. Pędzono nas całą noc ,a nad ranem udało nam się w piątkę uciec. Po czterech godzinach marszu polnymi drogami dotarliśmy do dużego wąwozu i jego brzegiem poruszaliśmy się. Przed nami ukazał się mały lasek. Nagle z tego lasku wyskakuje pięciu Ukraińców z karabinami gotowymi do strzału i krzyczą –„rozbierać się do naga”!! Krzyczeli po ukraińsku ale my ich „poniali”. Zaczęliśmy się rozbierać; najpierw płaszcze ,buty ,spodnie i tak po kolei stopniowo do bielizny. Nagle niewiadomo skąd pojawiła się stara kobiecina i zbliża się do nas. Widzimy że w ręce trzyma mały obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej zwrócony ku nam. Podeszła do tych Ukraińców i coś do nich przemawia, a może o coś prosi? Nie rozumieliśmy jej ukraińskiej mowy. Po jej lamentach i tłumaczeniach kazali nam się ubrać i iść dalej. Szybko się ubraliśmy i prawie biegiem oddalaliśmy się od naszych oprawców. Prawda jest taka, że nie uszliśmy za daleko. Po jakiś trzech, czterech kilometrach dorwali nas rosyjscy żołnierze. I od nowa zaczęła się męka, szykanowali nas i obchodzili się z nami nie po ludzku, dopytywali czy nie uciekliśmy z grupy. Udało się nam przekonać ich, że jesteśmy „niedobitkami” walk z Niemcami. Dali więc nam spokój, a nawet trochę zupy nie pożałowali. Na następny dzień dotransportowali nas do poprzedniej grupy, która koczowała już w na stacji w oczekiwaniu na pociąg. Nadjechał pociąg towarowy, to nas upchali do niego i jazda na Wschód. Nie ujechaliśmy daleko bo tory kolejowe były poniszczone i tak nas przez kilka dni gnano piechotą na Wschód. Była to droga męki, człowiek był o głodzie i chłodzie, niektórzy już mieli dość tego marszu i padali z wycieczenia. Podchodzili do nich „sołdaty” i tak ich „pocieszali”,że już nie musieli wstawać, byli szczęśliwi, że skończyła się ich udręka. Konali w rowie, nie musieli cierpieć głodu i trudów marszu. Po paru dniach doszliśmy do jakiejś dłużej i długiej wioski, na drogę wyszły kobiety i podawały nam kromki chleba, rzucały je do szeregów. Kto miał szczęście i złapał to dzielił się z kolegami. Były i takie kobiety, które wynosiły zupę w wiaderkach. Kto miał puszkę lub menażkę to sobie jej nabierał z wiaderka. Gdy nadszedł „sołdat”, kopnął noga wiadro i było po zupie. Nie pozwalali oni dawać „Polaczkom” jedzenia. Po tej wędrówce dotarliśmy do stacji, gdzie ponownie załadowano nas do wagonów i tak dotarliśmy do Kamienia Podolskiego. Tam spotkaliśmy ogromne rzesze naszych wojsk. Było narodu co niemiara!! Tu przynajmniej dawali trochę jedzenia. Przez cały czas gotowała się zupa w trzech dużych kotłach. Cały czas stała kolejka do kotłów ale nikt nie dostał dwa razy. Karmiono nas tylko rano i wieczorem. Były już spisywane kompanie po posiłkach. Każdy musiał podać swoje personalia. Kto był oficerem i nie zerwał swoich dystynkcji ,czy to wojskowy czy policjant, był odsyłany do podstawionych pociągów . Gdy pociąg zapełniono, odjechał on w kierunku Szepietówki. Pozostałych oficerów i policjantów załadowali do następnego pociągu powieźli do jakiegoś górskiego wąwozu. Tam wysiedli i pognano ich w nieznanym nam kierunki. Nikt nigdy już o nich, nic nie słyszał. Nas następnym wagonem wywieźli w kierunku Szepietówki i z powrotem do Polski. Gdy minęliśmy granicę i znaleźliśmy się na polskiej ziemi po wyjściu z wagonów całowaliśmy ziemie i płakali ze szczęścia, że Pan Bóg pozwolił nam wrócić do ojczyzny. Sołdaty śmiali się z nas, że całujemy ziemię. Trwało to krótko bo powrotem do wagonów i dowieźli nas tym razem do Żytynia. Tam żeśmy się zatrzymali. Mówiono nam ze Szwaby zniszczyły tory i trwa ich naprawa. My im wierzyliśmy i w pociągu było wesoło bo obiecali nas dostarczyć do Polski. W pociągu podchodzi do mnie kolegą niedoli i mówi czy bym się nie zamienił z nim na buty i spodnie. Ucieszyłem się w duchu bo on miał eleganckie oficerki i spodnie – rajtki kangurowe. Zgodziłem się i nastąpiła przymiarka. Wszystko pasowało jak ulał. Ja co prawda miałem buty artyleryjskie też nowe. On był oficerem ,który przezornie pozbył się swoich dystynkcji a ,że go znałem z całej naszej podróży więc wymieniłem się. Pociąg ruszył i tak dowieźli nas do Równego i powrotem do Żytynia do tych koszar gdzie jeszcze niedawno stacjonował II Batalion Pograniczników. Mieliśmy jeden dzień odpoczynku. Na następny dzień wygonili nas do pracy. W odległości około 6 km była wysoka góra piasku, robili jakąś odkrywkę i tam pracowaliśmy przez 8 godzin dziennie i potem powrót do koszar. Ludzie często uciekali z koszar, nawet można rzec masowo. Cóż, wszystkich wyłapywali Ukraińcy i rano, gdy szliśmy do pracy to spotkaliśmy tu jakąś odciętą głowę lub rękę, czasami wiszące na drzewach części ubrania lub przecięte na pół zwłoki, czasem trzy trupy razem. Cała ta piaskownia zajmowała duży obszar i był on usiany trupami uciekających żołnierzy. Gdy to widzieliśmy, odchodziła nam chęć do ucieczki. Już nie interesujemy się ucieczką ale spokojnie pracujemy i oczekujemy na rozkaz powrotu do domu. Cały czas chodzę w tych nowych butach do pracy. Pewnego dnia w czasie pracy poczułem się źle, zaszwankowało mi zdrowie. Usiadłem wiec z boku i nie pracuję. Podszedł do mnie żołnierz rosyjski i pyta: Co się stało, czemu nie pracujesz? Odpowiedziałem mu, że się rozchorowałem. On zabiera mnie jakieś pięćdziesiąt metrów od brygady i pędzi mnie do takiego miejsca, gdzie były moczary pełne sitowia. Każe mi siadać do tej bagnistej wody. Ja ze strachu, posłusznie wykonuję polecenie. On mówi :Ty tu sobie posiedzisz, to wyzdrowiejesz. Co miałem robić? Przez 5 godzin siedziałem w wodzie do zakończenia pracy. Po pracy zbiórka jeńców i marsz do koszar. Mnie” rusek” pędzi za nimi i poszturchuje karabinem. Po przejściu bram koszar oddaje mnie naczelnikowi lagru. On prowadzi mnie na taką dużą sale gdzie są leżaki i jest tam kilka osób, tak więc wszystko w porządku. Potem udałem się po obiad i gdy wróciłem to położyłem się wieczorem i usnąłem. Gdzieś około godziny 12 w nocy budzi mnie po cichu i zabiera do wozu więźniarki. Zabrano nas pięciu. Jadą z nami niezbyt daleko. Kazali nam wyłazić z samochodu i wprowadzili do piwnicy stojącego tam budynku. Trzymali nas do godzin wczesno porannych a potem zbierali po kolei na przesłuchanie. Śledztwo prowadzili pokoju na górze. Idę po schodach i nogi mi się trzęsą ze strachu, bo nie wiem o co tu chodzi? Czego ode mnie chcą? Wchodzę do takiej dużej komnaty a tam widzę za stołem siedzi jakiś poważny gość. Kazał mi usiąść wiec to zrobiłem. Pyta mnie: Od kiedy jestem oficerem? Ze zdziwienia szeroko otworzyłem oczy i mówię: To nieprawda, że jestem oficerem? Zaczął mnie bić po twarzy. Zdziwiony przyjąłem kilka policzków i on dał mi spokój. Przekazał mnie w ręce młodej, ładnej, zdrowej kobiety.Ona po raz kolejny pyta mnie „Dlaczego nie przyznajesz się, że jesteś oficerem„? Ja znowu odpowiadam: „To nieprawda, nie jestem oficerem, mam na to świadków w koszarach. Są tu chłopcy, którzy mnie dobrze znają i mogą to potwierdzić”. Ona odwróciła się do mnie i ponownie pyta „Dlaczego to ukrywam”? Ja znowu swoje. I jak się na mnie zamachnęła i zaczęła mnie okładać rękami po twarzy. Nie wiem co miała w zaciśniętej dłoni, w każdym bądź razie w oczach pokazało mi się miliony gwiazd, aż mnie zaćmiło. Ledwie dotarłem do celi w piwnicy. Następnego dnia przepytali świadków i sprawa się wyjaśniła. Odesłali mnie powrotem do koszar-łagrów. Bardzo prędko sprzedałem moje oficerki i spodnie, bo to one mnie tak urządziły. Rosjanie myśleli, że jestem oficerem, bo miałem oficerskie ubranie. Po długiej pracy w Żytynie przewieźli nas do Równego i ulokowali w młynie o nazwie Regina, było to 8 grudnia 1940 roku. Tu obiecali powrót do domu, a my widzimy, że zakładają wokół młyna podwójne ogrodzenie z drutu kolczastego. Odczytali nam rozkaz jaki otrzymali od komendanta N.K.W.D. tow. Berii. „Nie wolno rozpuszczać polskich jeńców do Polski. Nadal mają przebywać w łagrze i pracować dla dobra ZSSR”. Od tego czasu pracowaliśmy w fabryce asfaltu w Równym. Nasz ogrodzony młyn znajdował się niedaleko torów kolejowych. Widzieliśmy jak zganiano do wagonów ludność cywilną, były tam kobiety z dziećmi, ich ojcowie i staruszkowie. Już na torach rozdzielali rodziny, mężczyźni byli pakowani do oddzielnych wagonów, dzieci do osobnych a kobiety też oddzielnie. Tak naładowane „żywym towarem„ transporty ruszały dniami i nocami w kierunku wschodniej Rosji. Teraz już jesteśmy pewni, że niestety nie ma już nadziei na powrót do kraju. Jedyna droga powrotu do domu to ucieczka. Było niemożliwością uciec z pracy. Niektórzy wymyślali różne sposoby, ponieważ były duże śniegi i wywożono go autami za miasto, próbowali i takiego sposobu. Śmiałkowie wchodzili do przyczepy, a my przysypywaliśmy ich śniegiem. Tym sposobem wywieziono ich za miasto. Czy im się udało? Nie wiemy. Co się z nimi stało nie wiadomo, czy udało się im uciec, czy dotarli do swoich domów, czy zginęli? Tak wiec i z kolegami zaczęliśmy kombinować, jak by tu uciec? Ja i Kocot z Płazy oraz nijaki Banach i Przybysławski z Zawiercia. Stoimy sobie w czwórkę na podwórku,a tu podchodzi do nas naczelnik łagru i mówi, że trzeba oczyścić ustępy, to dostaniemy dwa dni wolnego od pracy. Oczywiście zgodziliśmy się. Następnego dnia bierzemy się za robotę w ustępach. Od samego ranka je czyścimy i około godziny 13 widzimy wlot do takiej większej rury. Wyczyściliśmy ją, okazało się ze miała wylot na drugiej stronie ogrodzenia, za drutami. Rura miała około 48 cm średnicy, była mocno zatkana. Wzięliśmy się za dokładne jej oczyszczenie, wypłukaliśmy czystą wodą tak że rura była czyściutka jak oko. Miała gdzieś około 5 metrów długości i wylot za drutami. Odbyła się narada kto ma pierwszy uciekać? Ale na tym nie koniec, potrzebny nam sznurek więc musimy wtajemniczyć w to magazyniera. To był nasz żołnierz. Łatwo się dogadaliśmy, bo sam też chciał zwiać. Dał nam sznur i kombinezony. Wszystko idzie jak z płatka. Czekamy na wieczór, powiadomiliśmy także swoich kolegów i zebrał się nas razem 24 chłopa. Nadszedł wieczór i wszyscy czekamy w pogotowiu. Pierwszy szedł Buczak bo był najmniejszy i przeciągnął sznurek. Następny do ustępu poszedł Przybysławski a trzeci trzyma za sznur. My obserwujemy przez okno. Ja z Kocotem schodzimy w stronę ustępów i zauważyliśmy, że tam idą też strażnicy. Zatrzymali nas więc my szybko odwrót i biegiem do sali, żeby nas nie złapali. Ogarnął nas strach, pewnie wsypa? Okazało się, że to nie żadna wsypa ale oni kontrolowali sale, czy wszystko jest w porządku? Nie udało nam się już zwiać. I tak w strachu przeszła noc. Rano apel odliczanie okazało się, że stan zmniejszył się o dwie osoby. My wiemy, że to Buczak i Przybyszewski. To właśnie oni mieli swoje prycze koło mnie. Tak zaczęli mnie wypytywać. Musze wiedzieć co się z nimi stało? Zabrali mnie na przesłuchanie, było bicie i katorga. Nie wytrzymałam i w końcu się przyznałem i opowiedziałem wszystko o rurze w ustępie i o ich ucieczce. Wtedy rozpoczęła się za nimi pogoń. Jednak ich nie złapali. Po dwóch tygodniach otrzymałem od Przybyszewskiego list z informacją, że jest już w domu i życzy mi dużo zdrowia i szczęścia oraz sukcesów w podejmowaniu uwolnienia. Dobrze, że chociaż im się udało! My dalej pracujemy w tej mieszalni asfaltu jako brygada cieśli. Było nas w tej brygadzie 25 żołnierzy. Robiliśmy nowe taczki i naprawialiśmy stare, budowaliśmy szopy na magazyny i tym podobne rzeczy. Było nie najgorzej bo nas nie pilnowali strażnicy tylko żołnierze stojący wokół bazy. Naszym brygadzistą był jeden z żołnierzy, który umiał dobrze mówić, czytać i pisać po rosyjsku. Wiedzieliśmy, że to oficer ale był dla nas dobry i zawsze wypisywał wykonanie dziennych robót na sto procent. Dlatego dodatkowo dostawaliśmy 1kg chleba i kocioł zupy. Robota była nieciężka i popłatna bo było dodatkowe wyżywienie. Był w naszej brygadzie taki człowiek, który kiedyś służył w tym młynie i dobrze znał każdy zakątek. Powiedział nam o kanale, który był w piwnicy młyna i wpadał do rzeczki przepływającej niedaleko obok zabudowań. Trzeba coś działać. W młynie był magazyn. Namówiliśmy magazyniera żeby nam udostępnił wejście do magazynu. On dał nam klucze i w nocy tam poszliśmy. Okna pozakrywaliśmy szmatami i dalej szukać w piwnicy tego kanału. Obstukaliśmy ściany dookoła i doszliśmy do miejsca gdzie był głuchy odgłos. Zaczęliśmy kopanie, było tam ceglane sklepienie i dalej zasypana wnęka. Zaczęła się nocna robota, jeden wchodził do wnęki i wygarniał ziemię, drugi wsypywał ją do skrzynek. Myśmy na sznurku ją wyciągali na zewnątrz i rozsypywali. Tak wykopaliśmy ze cztery metry kanału. Nieszczęśliwie podkopaliśmy się pod kuchnie ,a tu nagle zawał. Szybko wyszliśmy na zewnątrz, oddaliśmy magazynierowi klucze i biegiem do sal. Rano kucharz zobaczył zapadniętą podłogę i zgłosił to straży. Oni pooglądali, pokiwali głowami ale nie przyszło im na myśl, że to ktoś zrobił podkop. Myśmy nic po sobie nie dali poznać ale następny plan ucieczki legł w gruzach. Ponieważ plan spełzał na „panewce”, spokojnie pracujemy do marca. I znowu zaczęła się przeprowadzka. Tym razem nie wszystkich, około pięćset chłopa. Wywieźli nas do Zborowa. Tam był taki przejściowy obóz. W tym obozie pracowaliśmy kilka dni. Pewnym rankiem zarządzono apel i kazano nam się porządnie umyć i odpocząć bowiem następnego ranka będzie wymarsz do innego miejsca. To trochę dziwne. W międzyczasie kilku chłopaków znalazło w jednym z baraków pod podłogą puste miejsce, z którego wybrano ziemie do obsypania baraku. W nocy, dzień przed wymarszem postanowili się tam schować i potem zwiać. Myśleli, że im się to uda. Tymczasem rano pobudka, śniadanie i wychodzimy poza obóz, ale strażnicy liczą wychodzących. Brakuje im trzech czwórek! Nie wierzą sami sobie i liczą ponownie. Muszą złożyć dowódcy raport a oni widzieli ile ma być ludzi! Liczą po kilka razy wprost szaleją ze złości. Co się mogło stać z jeńcami? Tak się złościli, myśleliśmy, że nas wszystkich wybiją z wściekłości. Nie mogli sobie darować, że tyle chłopa im uciekło w nocy!? Wpadli na pomysł żeby przeszukać baraki z psami. Nas od tego baraku gdzie byli uciekinierzy dzieliło około dwudziestu metrów. Słychać było ujadanie psów i przeraźliwe krzyki ukrytych kolegów. Nie było możliwości im pomóc. Usłyszeliśmy strzały z automatów i po chwili krzyki ucichły. Jak Rosjanie wrócili do nas to powiedzieli tylko „polska swołocz”, (polskie świnie). Znowu kolegom nie udała się ucieczka, zostali zabici. Nas poprowadzono dalej do Pługowa. Tam przenocowaliśmy jedna noc i rano pociągami wywieźli nas na północ Rosji do obozu w leśnej głuszy i tam wycinaliśmy lasy pod tory kolejowe. Pracowaliśmy tam przez pięć miesięcy .Oj wyginęło tam dużo naszych kolegów! Siarczyste mrozy dawały się nam we znaki, gdy przyszło ciepło, wielu z nas rozchorowało się na szkorbut. Wszystkim zęby kiwały się jak w popsutych grabiach. Dopóki był z nami lekarz Polak, to nikomu nie chciał uznać tej choroby, a gdy ktoś się skarżył to go karał wiezieniem. Mało tego, kazał lać wodę na podłogę żeby zmarzła. Gdy przyszła zamiast niego rosyjska doktorka, dopiero ona się nami zaopiekowała i wyleczyła nas z tej wstrętnej choroby. Kazała nas wypuszczać do lasu na jagody i inne owoce leśne i to nam bardzo pomogło. Tak mieliśmy dziesięć dni wolnego od pracy na odpoczynek i dożywienie się leśnymi jagodami. Po pobycie w tajgach Syberii, zabrali nas do Krzywego Rogu do pracy w kopalni rudy. Wyżywienie było tam nawet znośne ale praca był bardzo ciężka i mozolna. Pracowaliśmy tam niezbyt długo i znowu przeprowadzka, tym razem w kierunku Polski. Do miasteczka w pobliżu rumuńskiej granicy (Shole). Tutaj umieszczono nas w okolicy kamieniołomu i zaczęła się znowu ciężka pracy na odkrywce skał. Dookoła kamieniołomu chodzili rosyjscy żołnierze i nas pilnowali. Ludzie w kamieniołomie mieli przydzieloną różną robotę, jedni odkrywali ziemię nad skałą inni łamali skałę, inni kruszyli a jeszcze inni wywozili ziemię. Każda taczka miała swój numer. Pilnował nas Ukrainiec, który wykrzykiwał numer taczki i trzeba było prędko do niego podjechać. Czasem taczka nie była jeszcze załadowana w pełni ale ważne było się zgłosić. Gdy tak się przejeżdżało 70 razy dziennie, to zaliczał jako normę czyli sto procent wykonania. Za pełna wykonana normą dostawaliśmy 1kg chleba i pierwsi kocioł zupy. Byli i tacy co dostali 400gramów i trzeci kocioł zupy. Taka porcja to było powolne konanie. Tych co skonali grzebaliśmy na hałdzie piachu, a strażnik wcześniej spisywał jego nazwisko. Tak skończyło życie wielu z żołnierzy. Tam na kamieniołomie pracowaliśmy do rozpoczęcia wojny niemiecko-rosyjskiej. W drugim dniu wojny Rosjanie zaczęli uciekać z nami, a nam kazali wychodzić z koszar na główna drogę i tu ustawić się w szeregu. Działy się w łagrze dantejskie sceny, dużo naszych żołnierzy ukryło się po w różnych zakamarkach kamieniołomu. Żołnierze rosyjscy nie mogli się nas doliczyć wiec szukali po całym łagrze. Kilku pobitych, pokrwawionych przyprowadzili do szeregu a resztę wymordowali. Słyszeliśmy serie wystrzałów. Nikt nie wie ilu naszych tam zginęło ale prawdopodobnie około czterdzieści osiem osób. Takie liczby wymieniali sami Rosjanie miedzy sobą, a nasi to podsłuchali. Z nami powędrowali do Janowej Doliny na stację i pociąg załadowany więźniami ruszył znowu w głąb Rosji. Podczas tej podróży mieliśmy sporo różnych przygód. Pamiętam jedną z nich. Było to na stacji w Monastażyczach, chcieli wysadzić w powietrze cały nasz pociąg, bo myśleli, że dopadną ich Niemcy ale udało się pojechać dalej w głąb Rosji. Niemcy jednak deptali nam po piętach. W pewnym momencie pociąg stanął w lesie. Nadleciały samolot nad nasz transport. Udało się im uszkodzić dwa wagony z ruskim wojskiem i jeden żywnościowy. Rosjanie przezornie uciekli w las. Po nalocie nastąpiła chwila ciszy. Spoglądamy przez kraty w oknach i widzimy, że na tył pociągu uciekają także nasi. Zaczęliśmy wyrywać kraty w wagonie i też zwiewamy w tyły pociągu. Okazało się jednak, że ruskie już obstawili pociąg i ani kroku dalej. Wszystkich uciekających ustawili do rozstrzelania. Już ustawili karabiny wymierzone w nasza stronę. Myśmy już żegnali się z życiem i czekali na rozkaz: „Strelaj”. Jednak podbiegł do nas naczelnik konwoju i krzyknął: Stop nie „strzelaj”. Pyta ich o powód rozstrzelania. Co tam oni powiedzieli to nie wiemy, ilu już zabili też nie wiedzieliśmy. Koniec końców darowano nam życie i kazano z powrotem wejść do wagonów. Domyślaliśmy się, powodem prawdopodobnie było to, że ten naczelnik nas znał, bo przez długi czas nas pilnował w kamieniołomie. Tak uratował dwudziestu siedmiu jeńców od śmierci. Dostaliśmy jednak karę, przez trzy dni dalszej podróży nie otrzymaliśmy żadnej strawy ani wody. Może było to nawet gorsze niż śmierć przez rozstrzelanie. Warunki w tym bydlęcym wagonie były straszne. Było nas tam siedemdziesięciu siedmiu mężczyzn, panował niesamowity zaduch, a załatwianie potrzeb fizjologicznych polegało na tym, że w podłodze była dziura i tam był nasz ustęp. Co prawda nie było się i czym załatwiać bo dzienny posiłek to dwie łyżki cukru, dwieście gram chleba, może ze dwa gramy smalcu i woda wymierzana na kubełki. To był całodzienny przydział. Skutkiem takiego wyżywienia były trupy ludzi wyrzucane na bocznicę. Musieliśmy prosić ruskich żeby otworzyli drzwi i pozwolili te trupy, które już po kilku dniach podróży cuchnęły, usunąć. Gdy na dworze padał deszcz tośmy sobie robili różne zbiorniczki i łapali deszczówkę przez okno. Gdy to widzieli te ruskie „sukinsyny” to strzelali do tych pojemników. Po drodze wyginęło wielu moich kolegów, tych którym udało się przetrzymać do tej pory wspólne lata niewoli. Przez te dwa lata wspomagaliśmy się i teraz moi bracia niedoli pozostali bezimienni, nie zawsze pochowani w ziemi, lasach, we wsiach Rosji. Tak przez całe dwadzieścia pięć dni byliśmy w podróży męczeni głodem i chłodem, począwszy od Shole do Starobielska. Zwożono tam kilkanaście transportów pełnych wymęczonych i umordowanych ludzi. Gdy nas wyładowano w Starobielsku, to nie mogliśmy się rozpoznać. Od brudu i głodu byliśmy wyschnięci jak „żaby na słońcu”, a zarośnięci jak „barany”. Wielu nie miało siły utrzymać się na nogach i podali na ziemię. Co się z nimi stało, nie wiem czy ich podwieziono do szpitala, czy do następnego obozu ,czy po prostu tam ich pochowano? To są pytania na które nie znam odpowiedzi. Natomiast tych co się jeszcze trzymali na nogach pognano cztery kilometry do następnego obozu. Niektórzy padali po drodze, to „ruskie” ,kazali nam ich nieść, ale kto miał tyle siły żeby nieść jak sam ledwie szedł? Więc zostawialiśmy ich na pastwę losu. Oni nas prosili, błagali o pomoc, bo wiedzieli co ich czeka, już przeżyli śmierć swoich znajomych i nieznajomych. Wiedzieli jak „tamci” byli załatwiani strzałem w głowę. Zgroza było na to patrzeć, ale ledwie sami nogami poruszaliśmy. Były to sceny pełne zgrozy i tragedii ludzkich, których nie da się opisać. Gdy po latach opisuję te zdarzenia, oczy zalewają mi się łzami, trudno o tym nawet wspominać. W tak barbarzyński sposób traktowano nas Polaków. Nareszcie dochodzimy do przeznaczonego dla nas łagru. Przed nami zabudowania małego miasteczka. Pędzą nas do środka, a tam ładny duży plac ogrodzony kolczastym drutem. Wokół tego placu zabudowania pełne naszego wojska czyli Polaków ,naszych kolegów. Jednak nie wolno z nimi rozmawiać ani się dotykać. Oni dotarli tu wcześniej i byli już wykąpani, wypoczęci i trochę lepiej odżywieni. Nasz wygląd był straszny, pełno robactwa, brudu, podobni byliśmy do „chodzących szkieletów”. Ruski prowadzili nas do drugiego łagru. W środku zabudowań był wielki, ogrodzony drutem kolczastym, plac bez zabudowań. Tam nas doprowadzono, było tam już pełno „Polaczków’ – wojskowych. Dzień na szczęście był ciepły, wiosenny, gdzieś koło 15 maja 1941 roku. Oczekujemy na jakieś pożywienie. Nikt nam nic nie daje więc położyliśmy się koło ogrodzenia i patrzymy przez druty kolczaste na budynki gdzie w oknach pełno naszych kolegów, tych co przyjechali tu przed nami. Już nie możemy ich poznać ,są ogoleni. Czyści bez bród i włosów na głowie bo ostrzyżeni na „łysą pałę”. Nagle słyszę jak mnie ktoś woła: Edek, Edek!! Oglądam się na okna budynków i szukam skąd dobiega wołanie. W oknach pełno naszych ludzi, ale nie widzę wśród nich żadnego znajomego. Dobiega mnie jednak głos: Co nie poznajesz mnie Edek, to ja twój kolega!! Jak tu, wśród gwaru setek ludzi, dojrzeć znajomego? Może jest to ktoś z jakiegoś łagru, gdzie razem pracowaliśmy? Wszyscy z drugiej strony drutów z budynków, wybiegli w naszym kierunku i oblegali płot. Warta jednak odpędzała ich od nas. Po prostu bali się żebyśmy ich nie zarazili wszami i poniekąd mieli rację!? Niektórzy z „czystych” żołnierzy płakali jak nas ujrzeli w takim stanie wyczerpania. Nagle dostrzegam że ktoś się przepycha coraz bliżej drutów i woła : Co kolego nie poznajesz mnie, to ja Janek Kocot!! Rzeczywiście to był Janek mój najlepszy kolega, z którym wspólnie planowaliśmy nieudane ucieczki i razem pracowaliśmy w różnych obozach. W pewnym momencie nas rozłączyli i on poszedł do innego łagru. Gdy podszedł do płotu mówi do mnie: „Nie oddalaj się nigdzie ja lecę do mieszkanie na górę i zaraz wracam. Czekaj tu na mnie”! Po chwili wrócił i przyniósł mi w papierku może z łyżeczkę cukru, 10dkg chleba. To była jego kolacja to co miał sam zjeść oddał mi widząc mnie skrajnie wyczerpanego. Bardzo się dziwił, że wytrzymałem taka długą trasę dojścia do obozu. Oni mieli krótszy transport do Starobielska. Jak zjadłem ten posiłek otrzymany od niego t,o nie wiedziałem jak mam mu dziękować taki byłem wzruszony. Z płaczem pożegnaliśmy się bo „bojcy” już nas rozdzielili. On poszedł do budynku a nami zajęły się służby sanitarne. Teraz pada rozkaz „Wszyscy do fryzjera”. Było ich kilku, każdy z nas został ostrzyżony na łyso i ogolony. Teraz wymarsz w do łaźni. Rozbieramy się do naga a nasze „ciuchy zabierają do „parowni”. My otrzymujemy po kawałku szarego mydła i pod prysznic. Jaka to była olbrzymia ulga. Człowiek poczuł się jak „nowonarodzony”. Trudna nam samym było się poznać. Potem wymarsz po nasze odkażone ubrania. Przed ubraniem ich na siebie, trzeba je było porządnie wytrzepać bo w środku wyglądały jakby ktoś nasypał do nich płatków owsianych. To wszystko było robactwo, które tak wybielało w czasie dezynfekcji i przylegało do ubrania. Wiadomo ,tyle czasu nikt ich nie niszczył. Teraz już umyci, odświeżeni w odrobaczonych ubraniach ustawiliśmy się w szeregu i zaczęło się odliczanie. Zaprowadzono nas do dużej cerkwi, kościoła wypełnionego kilkupiętrowymi pryczami. W środku stało biurko do którego podchodziliśmy po przydział żywności. Było to 100g chleba oraz menażka zupy. Następnie wydrapaliśmy się na prycze i do rana spokojnie odpoczywaliśmy. Rano zarządzono zbiórkę i rosyjski komendant tego bloku poszedł do Naczelnika całego obozu złożyć raport. Potem było śniadanie, a właściwie przydział na cały dzień. Otrzymaliśmy po 400g chleba, 1 łyżeczkę cukru i podwójna zupę, a raczej wodziankę. Na kolację dodatkowo otrzymaliśmy czarna kawę – lurę. Ale to po wszystkich przejściach było dla nas „luksusem”. Tak nam upływał czas ale już się nie trzeba było drapać ani ciężko pracować. Zaciekawiły nas napisy na ścianach cerkwi i innych budynków. Było tam masa wydrapanych nazwisk różnych oficerów oraz, dokładnie wyrytych ich rang, miejsc pochodzenia, kim byli i skąd ich przywieziono. Wyraźnie sprecyzowane informacje o nich ale gdzie ich mają wywieźć tego już na ścianach nie napisali. Właściwie te napisy były na wszystkich ścianach całego Starobielska. Były to nazwiska samych oficerów przywiezionych dwa tygodnie przed nami. Gdzieś ich wywieźli i słuch o nich zaginął. My tez na „Coś” czekamy, nie wiemy co z nami będzie? Zaczynają chodzić między nami „politruki” po blokach i obracają wszystko co przeszliśmy w niepamięć ale rozmawiają z nami „delikatnie”. Zaczynają nam wmawiać, że teraz będziemy razem walczyć z Niemcami, którzy weszli już w głąb Rosji. Wmawiają nam, że musimy im pomagać w walce z najeźdźcą. Tymczasem w obozie nadal głód zbiera swoje żniwo. Codziennie wywożone są autami trupy żołnierzy, którzy leżeli w izbach chorych. Nie wolno było się przyglądać jak ich zbierali ani się o nich dopytywać. Po prostu wywożono ich w nieznanym kierunku, Śmierć zabierała swoje żniwo, w obozie był tylko jeden lekarz a tysiące ludzi. Panował straszny głód, przydzielone porcje żywnościowe nie wystarczyły na powstrzymanie życia wielu wycieńczonych, ciężką „drogą” do Starobielska, ludzi. Oprócz głodu pojawiła się groźna choroba – czerwonka, która zbierała „ pokłosie” wśród mieszkańców obozu. Porcje żywnościowe nie uległ zmianie, ciągle te 400g. chleba i zupa z kaszą na obiad, ale kaszę to można było policzyć w zupie – wodzie. Pewnego razu udało nam się porwać trochę kaszy jaglanej koło magazynu. Gdy podjechali autem pod magazyn jeden worek kaszy się rozpruł i kasza się wysypała na ziemię. Dopadliśmy ją i każdemu udało się ukraść kilka garści. Ze smakiem zjedliśmy ja na surowo, później były tego złe skutki. Wielu z nas zachorowało na czerwonkę, ja także wylądowałem w izbie chorych. Dzięki kolegom, którzy przynosili mi do izby chorych chleb przypalony na blasze na czarno i kazali mi to jeść. Udało mi się, po dwutygodniowym pobycie na izbie chorych, pomocy kolegów ,którzy codziennie odprowadzali mnie do klozetu i obmywali. Wykurowałem się. Koledzy, którzy co rano przychodzili do izby chorych to codziennie zabierali po piętnaście trupów i wkładali je na auta, a następnie były one wywożone „gdzieś”. I tak kończyło się życie wielu polskich żołnierzy. Dziękuje Bogu że mi się udało przeżyć ten ciężki okres pobytu w obozie.

Tymczasem rozpoczęła się nagonka do naboru do wojska sowieckiego.

Rok 1941 – czerwiec. „Politruki” nas nie żałują tylko chodzą po budynkach i „delikatnie” namawiają ,uświadamiają nas żebyśmy wstępowali do ich wojska i szli z nimi na front. Robią z nas „durni”, a ta przeszłość?, to co oni z nami wyrabiali, te głody, mordy, jawne barbarzyństwo, to co ? Mamy o tym zapomnieć? Czy mam zapomnieć o koledze, który nazywał się Tados i był z Sosnowca a oni mu jedno oko wydłubali za to, że nie poszedł do roboty bo nie miał butów i został kaleką? Tego się nie da zapomnieć, tych upokorzeń, nędzy, głodu i bezlitosnego postępowania z jeńcami. Czy to są nasi przyjaciele, za których się teraz uważają? Tak upływało życie w walce o przetrwanie, do końca lipca 1941 roku.

Wtedy właśnie pojawił się w obozie pan pułkownik Wiśniewski ubrany po cywilnemu, ale miał nowe granatowe ubranie i siwy kapelusz. Wokół niego pełno oficerów NKWD, których nazywaliśmy „burakami”. Zaczął przemawiać do nas: Drodzy żołnierze polscy, przyjechałem tutaj do was jako wasz pułkownik – Polak i chce wam zakomunikować, że został podpisany układ pomiędzy generałem Sikorskim a Józefem Stalinem o utworzeniu Polskiej Armii. Mamy razem z wojskami sowieckimi walczyć z Niemcami. Długo tak do nas przemawiał na zakończenie mówi do nas: „Czołem żołnierze polscy” !! Odpowiedziało mu głuche milczenie. Nikt gęby nie otworzył, myśleliśmy że to jakiś podstawiony „szpieg sowiecki”, który chce nas „urobić”. Było mu bardzo, nie po „nosie”, zaczerwienił się, żeśmy mu taką nieprzyjemną sytuacje zrobili. Poprosił żołnierzy, którzy go znali z czasów „pokoju” żeby za nim poświadczyli – „kto on jest”? Wśród tych paru tysięcy znaleźli się tacy co go znali i zebrała się ich spora grupa. Kilku z nich powiedziało o jego wcześniejszej działalności, o tym jak się nazywa, mówili, że służyli w jego pułku, pod jego dowództwem i że dobrze go znają. Dopiero wtedy się opamiętaliśmy, bo wiadomo jak się „człowiek raz sparzy to na zimne dmucha”. My wszyscy „sparzyliśmy„ się na Sowietach. Uwierzyliśmy słowom pułkownika. Następnego dnia do Starobielska przyjechała komisja lekarska i zaczęły się badania. Komisja przyjechała prawdopodobnie z Anglii i składała się z kilkunastu lekarzy i ich pomocników. Wszyscy byli Polakami i mówili płynnie po polsku. Wśród lekarzy była jakaś „szycha”, byli oficerowie, podoficerowie. Zaraz po przebadaniu każdy żołnierz dostał przydział do formacji w jakiej służył przed wojną i mógł się przyznać do stopnia jaki posiadał przed 1939 rokiem. Już na następny dzień okazało się, że jest wśród nas pełno oficerów i podoficerów. Ruski patrzyli i oczom swoim nie wierzyli ,że tylu jest oficerów. Teraz już nic nie mogli im zrobić bo coraz więcej przybywało dowódców i tworzyły się kompanie, bataliony, pułki. „Ruski” nie mogli wyjść z podziwu jak prędko „odtworzyła” się polska armia, w której nie brakowało kadry oficerskiej i podoficerskiej. W dwa dni było już zorganizowane polskie wojsko. Gdy trzeciego dnia kompanie wyszły na plac, o wschodzie porannych zórz, na modlitwę. Cały Starobielsk trząsł się od żołnierskiego śpiewu. W żołnierzy wstąpił nowy duch, nadzieja i mimo przykrej przeszłości śpiewali pełna piersią. Z radości, że po długich poniewierkach, człowiek może dzisiaj swobodnie śpiewać i całym sercem dziękować Bogu i chwalić Go za siłę i pomoc jaka dał każdemu z nas, byśmy mogli przetrwać te tragiczne czasy poniewierki, poniżenia i nieludzkiego traktowania. Wstąpiła w nas wiara i nadzieja, że „Jeszcze Polska nie zginęła”. Gdy cywile z Starobielska nas usłyszeli to otoczyli ogrodzony drutem kolczastym obóz i z łzami w oczach nam się przyglądali i rzucali nam kawałki chleba, placki ziemniaczane lub owoce. W obozie polskim nadal brakowało żywności a przydziały chleba były małe więc każdy „kęs chleba” był dla nas cenny. Wieczorem około szóstej, siódmej godziny wokół ogrodzenia zbierali się starsi i młodsi ludzie i czekali na nasz apel wieczorny, naszą modlitwę i śpiewy. Pełną piersią śpiewaliśmy: „Wszystkie nasze dzienne sprawy, przyjmij w ofierze Boże prawy, a gdy będziemy zasypiali niech Cię nawet sen nasz chwali”. Gdy tak rozbrzmiewał potężny chór głosów to wszyscy zebrani wokół ogrodzenia szlochali jak małe dzieci z radości, że słyszą nabożną pieśń. Nam było wolno już ją śpiewać a im nie. Wtedy zaczęliśmy płakać wszyscy nad ich smutną niedola. Tak było codziennie przez dwa tygodnie do naszego odjazdu do Tockoje. Gdy po około dwóch tygodniach podstawiono wagony i kolejne pociągi odwoziły nas – żołnierzy. Cywile, stojący wzdłuż torów, ze łzami w oczach, żegnali nas gorąco i długo machali rękami. Tak pożegnaliśmy na zawsze Starobielsk.

Nowe miejsce postoju Tockoje.

Gdy tam dotarliśmy oczekiwały już na nas przygotowane przez służby kwatermistrzowskie namioty w których nas zakwaterowano, według przydziału do kompani i batalionów. Ja zostałem przydzielony do 6 Brygady, 17 –go Batalionu Strzelców Lwowskich, 2 kompani. Od tej pory był to mój adres do końca służby wojskowej. W Tockoje przebywaliśmy do końca lutego 1942roku. Było bardzo mroźno wiec mieszkaliśmy w przygotowanych przez siebie ziemiankach. Dawaliśmy sobie radę bo opału mieliśmy dość i życie było w miarę możliwe. Nasz żołnierski dzień zaczynał się pobudką, potem musztra żołnierska i gimnastyka, no i modlitwa – co rano brzmiała pieśń: „Kiedy ranne wstają zorze”. Po gimnastyce było śniadanie i zajęcia wojskowe, bardzo ważna była służba wartownicza na stacji kolejowej, przy magazynach. Tam docierały do nas z Anglii mundury polskie oraz żywność. Z Tockoje wyjechaliśmy gdzieś z początkiem marca. Zima była bardzo sroga, około minus 40 – 50 stopni. W wagonach mieliśmy piecyki do grzania. Tak jechaliśmy może pięć dni w kierunku Uzbekistanu, gdy tam dotarliśmy panował tam upał około 30 stopni. Pojechaliśmy pociągami na południowy wschód do Jakubecka. Cała trasa trwała gdzieś 12 dni. Tutaj nas rozładowali i zostaliśmy zakwaterowani w ładnych budynkach koszarowych. Było ciepło ale wyżywienie marne, żołnierzom nie sprzyjał klimat i zaczęły znowu panoszyć się różne choroby: ”cynga”, czerwonka, malaria a nawet żółtaczka. Te epidemie spowodowały, że w Jakubecku pozostawiliśmy dużo mogił polskich żołnierzy.

Wyjaśniam ,że wszystkie te sprawy dotyczące żołnierzy polskich zostały uzgodnione przez generała Władysława Sikorskiego, który przyleciał z Londynu do Rosji do Stalina i wypertraktował z nim Układ między Rządem Polskim w Londynie a Rządem Sowieckim. Układ ten dotyczył utworzenia Armii Polskiej z tych żołnierzy, którzy zostali zabrani do niewoli 1939 roku i przebywali na wschodzie Rosji. Powracam do dalszej naszej wędrówki z Jakubecka, dalej na środkowy wschód, do Iraku. Załadowano nas na statki i przez Morze Kaspijskie popłynęliśmy do portu irańskiego, Pahlewy. Następnie autami przewieziono nas do miasta Kierlrabat a potem dl Khanakinu, tam rozlokowano nas w namiotach, a że było bardzo ciepło nie wolno było z nich wychodzić od godziny 11 do 15. Dopiero popołudniu odbywały się ćwiczenia wojskowe, różne pogadanki na temat wojny, zwyczajów w krajach przez który przechodzimy. Następnie wieczorna cisza, rankiem znowu gimnastyka, modlitwa, śniadanie i tak w kółko. W każdą niedziela odbywały się msze na zewnątrz namiotów. Arabowie bardzo się na nas gapili, bo nie znali naszych chrześcijańskich obrzędów. Z Iraku przewieziono nas do Palestyny. Tam zwiedzaliśmy bardzo dużo ciekawych miejsc. Szczególnie zapadła mi w pamięci Jerozolima. Trudno po latach przypomnieć wszystkie miejsc gdzie byliśmy ale dobrze pamiętam: ścianę płaczu (myślę, że istnieje ona do dzisiaj), Kościół Najświętszej Marii Panny (był już bardzo stary i wchodził się do niego po schodach w dół), Grób Chrystusa w Kościele. Byliśmy też w Betlejem, gdzie zwiedzaliśmy kościoły i bazyliki różnych wiar. Bardzo ciekawe i duże wrażenie na mnie wywarła wycieczka nad Morze Martwe. Tam zobaczyłem rzeczy nie do wiary? Można było chodzić po wodzie i nie utonąć. To bardzo ciekawe pytanie? Wyjaśniam więc, że woda jest taka słona i gęsta od soli, że utonięcie jest po prostu niemożliwe. To takie ciekawostki w czasie tej wojennej wędrówki. Ale tak naprawdę nasze wojsko nadal chorowało i gorąca temperatura sprzyjała rozwojowi żółtaczki i malarii. Czasami szalał duży wiatr i wyrywał z korzeniami darnie oraz drzewka. Trwał czasem około godziny i sypał nam w oczy piaskiem ,nazywaliśmy go „hamiers”. Klimat nam nie sprzyjał i nadal ginęli na epidemie nasi żołnierze, nieprzyzwyczajeni do panujących tam warunków. Szczególnie obfite żniwo zbierała malaria. Z Palestyny przewieziono nas do Syrii. Tam zaczęły się wyczerpujące ćwiczenia wojskowe. Odbywały się one nocą i na terenie górskim. Musieliśmy dobrze opanować walki w górach. Tutaj klimat był już dla nas łagodniejszy i ustały zachorowania na malarię i inne choróbska. Ćwiczenia nocne były wyczerpujące ale dało się jakoś przetrzymać. Trwało to przez dwa miesiące. Gdy zdaliśmy wyznaczone nam egzaminy, z nocnych i górskich ćwiczeń, wyjechaliśmy na krótki odpoczynek do Egiptu. Tam zwiedzaliśmy różne piramidy i grobowce byłych szejków, króli i faraonów. Zwiedzaliśmy miasta egipskie z dużymi placami pełnymi handlarzy. Gdy po powrocie odprawialiśmy nabożeństwo na placu przed koszarami to Arabowie z niedowierzaniem kręcili głowami i pytali: Do kogo tak się modlicie? Gdy im wyjaśnialiśmy, że do Boga, który rządzi nami i czuwa nad całym światem, to bardzo się dziwili. Oni modlą się inaczej, kładą na ziemi dywaniki i układają się na nich głową w stronę swojego świętego miejsca, Mekki i coś tam szepczą. Tłumacz im powiedział, że my modlimy się za nasz kraj, za Polskę ,za powrót do niej do naszego Pana Boga po polsku, tak jak oni do swojego po arabsku. Udało nam się nawet z niektórymi zaprzyjaźnić i już nasze modlitwy nie były dla nich dziwne a ich dla nas.
Ponieważ mieliśmy swój tabor samochodowy, własną broń do ćwiczeń, to zwiedzaliśmy różne miasta portowe. Wiedzieliśmy, że niedługo czeka nas udział w walkach z nieprzyjacielem, który tak potwornie znęca się nad naszym polskim narodem. Nadszedł czas wyjazdu na teren Włoch i walkę z wrogiem. Z Port Saidu mamy płynąc z Egiptu przez morze Śródziemne do Włoch. Radiostacje hitlerowskie nadają przez radio, że nas wyduszę na morzu i wszyscy potoniemy, jak szczury w wodzie. Mamy trochę strachu, ale przecież żołnierz nie może się bać!? Tak więc wypływamy na morze. Nagle pojawia się wokół nas pełna obstawa konwoju. Są to uzbrojone krążowniki angielskie i amerykańskie a w powietrzu setki ubezpieczających samolotów. Odważnie Druga armia Polska płynie przez morze Śródziemne do Włoch. Na okręcie pada rozkaz: „Możecie teraz pisać listy do swoich rodzin do Polski”. Będą one dostarczone przez Czerwony Krzyż droga skrótową przez Genewę.

Więc biorę się za pisanie: „Moja najdroższa Kochana żonko i ukochane dzieci . Pisze do was z dalekiej krainy. Właśnie płynę okrętem przez Morze Śródziemne do Włoch a stamtąd do was do Polski. Myślę, że niedługo was zobaczę. Jestem żywy i zdrowy czego i wam życzę. Z Bogiem, do zobaczenia. Mucha Edward.” Tyle do nich napisałem z dalekiej podróży, wśród mórz i oceanów. Zrobiło mi się na duszy raźniej i zadowolony leżę w kajucie. Nagle wstrząsa nami potężny trzask, aż pospadaliśmy z hamaków. Boże co się dzieje, pewnie Hitler zrobił to co zapowiadał przez swoje „szczekające” radio!! Koniec z nami! 


Zapanowała wśród nas panika, jedni się modlą inni płaczą ze strachu, jeszcze inni sieją propagandę, przypominają o zamachu, w którym zginął nasz wódz – generał Władysław Sikorski nad Gibraltarem. Generał Władysław Sikorski leciał z Egiptu do Anglii gdy jego samolot spadł do Morza. Właśnie wcześniej był w Egipcie i odwiedzał obozy naszych polskich uchodźców: cywilów, kobiet i dzieci, którym udało się wyrwać z obozów sowieckich, do których wywieziono ich w 1939 roku. My też odwiedzaliśmy te obozy. Spotkaliśmy tam ludzi bardzo wymęczonych ale szczęśliwych, że już są poza Rosja sowiecką.


Nagle do naszej kajuty wpada oficer i informuje nas, że nie jest tak źle jak myślimy. Po prostu zderzyły się dwa okręty, jest trochę uszkodzeń ale prędko zostaną one naprawione.
Naprawa trwała około 8 godzin i potem ruszyliśmy dalej w rejs do portu w Taranto. Do portu dotarliśmy już bez żadnych innych przygód. Po wyładunku ze okrętów, ruszyliśmy autami w głąb kraju, ku pięknej dolinie gdzie rozbiliśmy namioty. Po uporządkowaniu oddziałów i dozbrojeniu żołnierzy ruszyliśmy do akcji. Celem naszym było zdobycie wzgórza Monte Casino. Tam na szczycie znajdował się mały klasztor zajęty przez Niemców a całe wzgórze było okopane bunkrami. Naszym zadaniem było „wykurzyć” wroga i zdobyć wzgórze wraz z klasztorem. Przed nami walczyły tam oddziały amerykańskie i angielskie ale nie udało im się zdobyć celu. Do zdobycia Monte Cassino zobowiązano więc Armię Polską. Zadanie był bardzo trudne. Dookoła nas były wzgórza, na których wróg był dobrze ukryty i z dołu nie widoczny, natomiast my byliśmy odsłonięci i dla wrogów łatwo dostępni. Pierwsze, nocne natarcie w dniu 11maja się nie powiodło ale nasiliło uwagę Niemców na część obrony, gdzie walczyło wojsko angielskie. Pod Monte Casino byliśmy razem z żołnierzami innych narodowości. Byli tam Anglicy, Amerykanie, Francuzi ,Włosi a nawet Nowozelandczycy. Każdy miał swój odcinek obrony i walki. Jak już wspominałem nasza armia to 5 Dywizja, 6 Brygada, 17 Batalionu Strzelców Lwowskich miała swoich dowódców. Dowódca 17 Batalionu był major Kordas a naszą 2 Kompanią dowodził kapitan Leszkiewicz. Taki był też mój adres pocztowy od początku do końca wojny. Naszym głównym dowódcą Armii Polskiej był teraz generał Anders. Nasz 17 Batalion „rzucono” do walki w najtrudniejszym do zdobycia odcinku walki, bo całkowicie odkrytym terenie. Następne podejście 25 maja było walką na „śmierć i życie”. Chcieliśmy ratować nasz honor polskiego żołnierza. Po ciężkich walkach w tym dniu, udało nam się w końcu zdobyć ten klasztor i wzgórze Monte Casino i to właśnie polscy żołnierze zawiesili sztandar polski na szczycie wzgórza. Przy jego zdobywaniu zginęła masa naszych kolegów, przelewając „polską krew” na włoskiej ziemi w drodze do Polski. Po bitwie wzgórze było usiane trupami polskich i niemieckich żołnierzy splecionych w śmiertelnym uścisku. Zginęło wielu moich znajomych i kolegów. Nie ustawaliśmy w walce ruszyliśmy na Monte San Angelo i to wzgórze wraz z klasztorem też zdobyliśmy. Byliśmy przygotowani do walki w górach, były one bardzo ciężkie i trudne do zdobycia, na każdym z nich wojska niemieckie miały bunkry i dobre uzbrojone posterunki. Nie można tam było dojechać autami, ale tylko konie ,muły lub „jaszczki” mogły nam dostarczać na linię frontu żywność i amunicję. Tym transportem zajmowali się Nowozelandczycy, którzy w większości byli „czarnymi”. Trzecim miejscem, które należało zdobyć była góra Filitrano „nafaszerowana” bunkrami. I tu przestało mi dopisywać szczęście. Zostałem ciężko ranny w głowę i w brzuch, zabrano mnie do szpitala w Taranto, gdzie angielscy lekarze zrobili mi operację. Przebywałem w szpitalu ponad trzy tygodnie. Gdy wróciłem do jednostki, stan mojego zdrowia nie pozwalał mi na udział w walkach górskich. Dowódca II korpusu przydzieli mi jako kapralowi trzech innych żołnierzy. Powierzono nam krótkofalówki ,busole i mapy i mieliśmy udać się na zwiady. Byliśmy nad Adriatykiem, gdzie wojska niemieckie miały swoje fortyfikacje i umocnienia. Obserwując nieprzyjaciela nadawaliśmy do sztabu informacje o rozłożeniu wojsk nieprzyjaciela. Pewnego razu natrafiliśmy na makabryczny widok. Podchodzimy bliżej i widzimy naszych rodaków – żołnierzy przywiązanych na namiotowym słupie za głowy, podlani benzyną i podpaleni. Już nie dało się ich uratować, dzwonimy do sztabu krótkofalówką. Zaraz przyjechali nasi, porobili zdjęcia, pozbierali szczątki na auta i zawieźli ich pochować na cmentarz. Tak tragicznie zginęło 12 naszych polskich żołnierzy. Takich grup zwiadowczych jak nasza było w naszym batalionie kilka. Robiliśmy rozpoznanie terenu i z Armią Polską posuwaliśmy się wzdłuż Adriatyku do Bolonii. Właśnie tu w Bolonii dowiedzieliśmy się o kapitulacji wojsk Niemieckich .Było to o godzinie 9 w dniu 8 maja 1945 roku. Nareszcie upragniony koniec wojny!! Z Bolonii wysłano nas na krótki wypoczynek do Wenecji. Piękne, stare miasto, na ulicach pełno wody i można poruszać się tylko na gondolach, ale budowle i mosty na kanałach bardzo ciekawe.

Po powrocie z Wenecji dostaliśmy rozkaz dotyczący wyjazdu do domu. Przedstawiono nam trzy propozycje: – powrót do powojennej Polski – zapisać się do wojska Jego Królewskiej Mości (armii angielskiej) – wyjazd do obcych państw na inny kontynent ( do Ameryki) (do pracy u obcych bauerów – tak myślałem). Bardzo wielu z nas zapisało się na powrót do Polski. Ja też tak postanowiłem, wracać szczęśliwie do żony i dzieci. Wszystkich co zapisali się na powrót do kraju przewieziono do Anglii. Rozlokowano nas obozach przejściowych w pobliżu Hayde Park. Mieliśmy tam dobre jedzenie, umundurowanie oraz wypłacany regularnie niezły żołd. Zwiedzaliśmy Londyn, trochę zniszczony ale wiele ciekawych miejsc było nienaruszonych oraz inne angielskie miasta. Prowadzono z nami różne szkolenia, kto chciał to był też przygotowywany do jakiś innych zadań. Nam się spieszyło do rodziny, ale nasz pobyt przedłużał się, nie wiem dlaczego? Aż dopiero podstawionym transportem dotarliśmy do Polski w dniu 27 maja 1947 roku. Gdy ujrzałem moją rodzinę, radość była tak ogromna, że zapomniałem o wszystkich tak bardzo trudnych chwilach, ciężkiej drodze do domu. Tak szczęśliwie zakończył się moja tułaczka wojenna od 1939 roku do 1947.

Koniec mojej opowieści.
Edward Mucha. Zagórze

Przewiń do góry