RECENZJA AnKas: Była sobie rzeka

Diane Setterfield, „Once upon a river”

Wydawnictwo Albatros, 2020

„Są historie, które można opowiadać na głos, i takie, o których się mówi szeptem, lecz są i takie, które pomija się milczeniem”. Tak też dzieje się w przypadku powieści Diane Setterfield „Była sobie rzeka”.  Tę powieść czyta się trochę jak baśń – baśń dla dorosłych. Czytelnik krok po kroku odkrywa historię pewnej społeczności, pielęgnowane przez nią wierzenia, mity. Pamięć o dramatach staje się kanwą do snucia opowieści łączących prawdę ze zmyśleniem.

Podczas najdłuższej nocy w roku wszystko może się zdarzyć. Wierzą w to stali bywalcy oberży „Pod Łabędziem” nad Tamizą. W zimowe wieczory biesiadnicy zbierają się tu, aby przy kuflach pełnych piwa posłuchać opowiadanych historii. Gawędziarze snują opowieści łączące to, co realne, z tym, co fikcyjne. Zimowe bajania to nie tylko sposób na spędzenie wolnego czasu, ale i forma zaklinania rzeczywistości, wprowadzania do niej elementu magicznego. Te wieczorne spotkania przy kominku, w którym trzeszczy ogień, to czas magii. Granice między dniem i nocą rozciągają się i zacierają. Tak samo dzieje się z granicami między światami. „Sny i opowieści mieszają się z rzeczywistością. Żywi i umarli ocierają się o siebie, przychodząc i odchodząc. Przeszłość zbiega się i miesza z teraźniejszością”. Bajarze czują, że im głębsza noc, tym większe prawdopodobieństwo, że wydarzy się coś niesamowitego. I tak też się dzieje.  Pewnej zimowej nocy w starej karczmie „Pod Łabędziem” dochodzi do cudu. Nagle pojawia się tu ranny mężczyzna trzymający w ramionach martwą dziewczynkę. Nikt nie wie, kim jest przybysz, dlaczego jest ranny, jakim cudem dotarł do oberży. Przybycie gościa zakłóca codzienny rytm wieczornych bajań. Wprowadza element zaciekawienia. Wywraca do góry nogami racjonalny świat, wnosząc powiew magii w życie mieszkańców miasteczka Radcot. Rodzą się przypuszczenia. I nagle staje się coś niemożliwego. Cud. Martwa dziewczynka zmartwychwstaje. Niewielka społeczność prześciga się w spekulacjach i domysłach. Rodzi się coraz więcej pytań, a żadna z odpowiedzi nie wyjaśnia istoty zjawiska. Nie udziela jej również dziewczynka, ponieważ jest niema. Wieść o niesamowitym wydarzeniu rozchodzi się po okolicy. Dociera do żony zamożnego przedsiębiorcy, służącej proboszcza i farmera. Każda z osób rozpoznaje w dziewczynce bliską sobie osobę. Pogrążona w żałobie matka chce wierzyć, że dziewczynka jest jej porwaną przed laty córką. Służąca widzi w niej swą siostrę. Zaś farmer jest pewien, iż czterolatka to dziecko jego wyrodnego syna. Każda z tych osób ma własną historię, której granice między rzeczywistością a fantazją ulegają zatarciu. Potrzeba sporej uwagi, by dryfować w kierunku zakończenia.

Jednak powieść „Była sobie rzeka” to nie tylko tętniąca elementem magicznym baśń. Po powierzchnią onirycznej fabuły kryje się niezwykle poważna, mądrze zarysowana problematyka. Lektura naświetla dramat żałoby i radzenia sobie ze stratą, dziecięce traumy, samotność i dobrowolną izolację, niewdzięczność, okrucieństwo, naturę zła. W powieści nie brak rozważań o charakterze antropologicznym i egzystencjalnym. Powieściopisarka zastanawia się nad rolą opowieści w ludzkim życiu. Intryguje ją, jak zasłyszane czy opowiadane historie kształtują postrzeganie rzeczywistości i zaspokajają pragnienie zrozumienia mechanizmów rządzących światem.

W powieści Diane Setterfield na uwagę zasługuje narracja. Jest ona jak rzeka. Akcja powieści rozlewa się w różne strony. Poszczególne wątki wypływają z jednego źródła, by potem niczym rzeczne zakola płynąć w innym, sobie tylko wiadomym kierunku. Wątki akcji suną swobodnie, by na końcu powrócić do głównego nurtu, połączyć się ze sobą i spokojnie dotrzeć do celu. Subtelnie kreślona opowieść pulsuje własnym, spokojnym rytmem.

Diane Setterfield przekonuje, iż takie historie lepiej opowiadać nad rzeką, gdzie powietrze niesie opowieść, a każde wypowiedziane zdanie odpływa i robi miejsce dla następnego.

Poleca: AnKas z Filii Luszowice

Przewiń do góry