2. Słynne spojrzenie zbója Bimbalona

Siostry posadziły dziewczynkę przy stole w kuchni i natychmiast o niej zapomniały. Dziewczynka z cienkim jak ogon myszki warkoczykiem, z którego cały czas kapała woda, siedziała skulona z duszą na ramieniu i niespokojnie nasłuchiwała czy za drzwiami nie słychać kroków tego… tego zbója… zbója Bimbalona. Lękliwie rozglądała się wokół. Kolorowe dziewczyny krzątały się po kuchni, przekrzykując się i napominając. Rozpaliły ogień pod kuchnią, przygotowały kubki na herbatę i zabrały się za robienie kanapek, co było nie lada wyzwaniem, bo kuchnia była maleńka, ciasna, z niedużym drewnianym stołem pośrodku i poustawianymi krzesłami i taboretami naokoło. Na skalnych ścianach wisiały krzywe półki, na których poustawiane były nie pasujące do siebie, z wyszczerbionymi brzegami kubki i talerze. Pod blachą kuchennego pieca już wesoło trzaskał ogień a czajnik zaczynał powoli pluć kłębami pary. Nagle zza ściany rozległ się straszliwy ryk.

– Rrrraurrryyybłeee!!!

Dziewczynka z mysim warkoczykiem zamarła w swoim kątku i zrobiła się jeszcze bardziej niewidzialna.

– O, tata się kąpie – powiedziała najstarsza kolorowa dziewczyna.

– Pewnie skończyła mu się ciepła woda i dlatego jest zły – powiedziała średnia kolorowa dziewczyna.

– O, tata jest bardzo zły – powiedziała najmłodsza kolorowa dziewczyna.

Mysia dziewczynka nic nie powiedziała.

Po chwili zza ściany rozległ się straszliwy łomot, rumor i krzyk:

– Do jasnej ciasnej…!!!

– Oho, tata poślizgnął się na mokrej podłodze – powiedziała najstarsza kolorowa dziewczyna.

– Nabił sobie pewnie guza – powiedziała średnia kolorowa dziewczyna.

– Teraz jest naprawdę zły – powiedziała najmłodsza.

Mysia dziewczynka nic nie powiedziała, tylko zupełnie niechcący pisnęła cieniutko ze strachu. Kolorowe dziewczyny spojrzały na nią i przypomniały sobie o jej istnieniu. Stanęły wianuszkiem wokół niej.

– A, właśnie. Opowiadaj, coś ty za jedna. Nie znamy cię. 

– Byłaś dzisiaj w naszej szkole. Jesteś nowa?

– Jak masz na imię? Gdzie mieszkasz?

Dziewczynka ze ściśniętym gardłem wyszeptała:

– Mieszkam od wczoraj u wujka… tam dalej… za tymi pagórkami…

– To fajnie – ucieszyła się najmłodsza z sióstr – to niedaleko. Będziemy mogły się odwiedzać!

Dziewczynka szybko zamrugała powiekami. Przypomniała sobie swojego bardzo niemiłego wujka i powiedziała:

– Nnnie wiem… mój wujek nie jest… nie jest zbyt gościnny… a wasz tata też chyba nie lubi… gości…

– O, nie, wręcz przeciwnie! – zaprotestowały dziewczyny.

– Tata bardzo lubi gości, a szczególnie dzieci. Tata bardzo lubi dzieci – powiedziała dobitnie najstarsza. Dziewczynce wydawało się , że chciała powiedzieć: tata bardzo lubi dzieci – na śniadanie. Zadrżała. I powiedziała szybko:

– Właśnie… mój wujek będzie zły, że się spóźniłam… może ja już pójdę… może przestało padać?…

Ale w tym momencie rozległ się kolejny łomot i kroki w korytarzu, jakby coś ogromnego, zwaliście ciężkiego człapało mokrymi stopami po skalnej posadzce. Drzwi do kuchni otworzyły się raptownie i stanął w nich, całkowicie wypełniając je sobą… olbrzym. Najprawdziwszy olbrzym… z mokrą brodą, połamanymi okularami na wielkim nosie i … w różowym szlafroczku ciasno opinającym wydatny brzuch! W wielkiej dłoni dzierżył mopa, z którego na podłogę ściekała brudna woda.

– Gdzie do jasnej ciasnej jest wiadro?! Aaa, moje najsłodsze słodyczki – ucieszył się na widok swoich córek i szeroki uśmiech rozjaśnił jego dużą rumianą gębę. 

– Jak to dobrze że już jesteście. Dzisiaj wszystko idzie jak po grudzie. Jestem zły jak osa.

– Tato, dlaczego znowu wziąłeś mój szlafrok? Tyle razy mówiłam, że sobie nie życzę – powiedziała najstarsza córka, stojąc na środku kuchni i krzyżując bojowo ramiona na piersi.

-O, pardon, nie zauważyłem, że to twój. To ostatni raz, daję słowo…

– Tatku, daj mi tego mopa, kapie na podłogę. Co się znowu stało? Usiądź sobie, odpocznij – średnia córka łagodnie wyjęła mopa z wielkiej łapy olbrzyma i troskliwie podprowadziła go do stolika. W tym samym czasie najmłodsza wskoczyła ojcu na plecy i tuląc się do barczystych ramion cmokała raz po raz zarośnięty policzek. Olbrzym usiadł przy stole, jedną ręką przytulił najmłodszą córkę a drugą podparł ogromniastą, kudłatą głowę. 

– Ech, co za dzień… – westchnął głęboko – Nie uwierzycie… – przerwał w pół słowa i zaczął węszyć.

– Niuch, niuch… czuję ludzkie mięso…

Dziewczynka z mysim warkoczykiem skuliła się w kąciku. Olbrzym jej nie zauważył, bo po pierwsze miał zepsute okulary, a po drugie dziewczynka siedziała w cieniu, ubrana była w ciemną szaro burą sukienkę i robiła wszystko, żeby nie rzucać się w oczy. Ale teraz… „To już koniec…”, zdążyła pomyśleć i zacisnęła powieki. I aż podskoczyła, gdy olbrzym krzyknął:

– Aaaa, a cóż to za biedne przerażone dziecko chowa się po kątach? Nie, tak być nie może. Biedne, mokre maleństwo. Dzień dobry pani. Miło mi panią poznać. 

Dziewczynka otworzyła oczy i obejrzała się za siebie, żeby zobaczyć tą panią, z którą przywitał się zbój. Ale nikogo tam nie było… Czyżby chodziło o nią?

– Dzień dobry… – szepnęła i grzecznie, tak jak ją od niemowlęctwa uczono, podała swoją malutką rączkę olbrzymowi.

Zbój Bimbalon zacmokał troskliwie.

– Coś mi się widzi, że tu zastosować trzeba słynne spojrzenie zbója Bimbalona. Bez tego ani rusz.

Zbój stanął nad dziewczynką w całym swoim olbrzymim majestacie, zdjął z nosa okulary i spojrzał na nią. Jego oczy mieniły się różnymi kolorami: złotym, szarym, zielonym, troszkę niebieskim i odrobinkę brązowym. Dziewczynka poczuła, jakby spojrzenie zbója prześwidrowało ją na wylot i nagle zrobiło jej się tak błogo na ciele i duszy jak jeszcze nigdy przedtem i cała zatonęła w tym spojrzeniu. A potem zrobiło jej się tak wesoło, tak bardzo wesoło, że obściskała kolorowe dziewczyny od najstarszej do najmłodszej, a później w drugą stronę – od najmłodszej do najstarszej. A potem poczuła się taka silna, że podniosła stół na wyprostowanych rękach i zrobiła dziesięć przysiadów, a zbója Bimbalona we własnej osobie bez najmniejszego wysiłku podrzuciła dwadzieścia razy do sufitu. A potem bez tchu padła na podłogę. 

– Im cięższy przypadek, tym gwałtowniejsza reakcja. To normalne. Trzeba temu maleństwu zaparzyć podwójną meliskę ekstra strong i będzie supcio.

Na pewno zastanawiasz się, o co chodzi z tym słynnym spojrzeniem zbója Bimbalona. Otóż jest to proste jak drut: zbój Bimbalon miał niezwykły urok osobisty, którym oczywiście emanował całym sobą od rana do wieczora, ale najwięcej tego uroku siedziało w jego spojrzeniu. Urok zbója Bimbalona polegał po pierwsze na tym, że wlewał w smutne, ponure albo nieszczęśliwe duszyczki radość i wielką siłę, a po drugie na tym, że jeśli czegoś chciał i na czymś mu zależało, to tak był przekonujący, że nikt i nic nie mogło mu się oprzeć, szczególnie gdy zdjął okulary i spojrzał komuś prosto w oczy swoim kolorowym spojrzeniem spod czarnych, krzaczastych brwi. A to słynne spojrzenie zbója było skuteczne, bo płynęło prosto z dobrego zbójnickiego serca oczywiście.

Katarzyna Kloska / Oddział dla Dzieci

Przewiń do góry